Acedia – tęsknota za tym, czego nie ma

facebook twitter

09-05-2018

Zapytano kiedyś papieża Jana XXIII, ile osób pracuje w Watykanie. Odpowiedział, że najwyżej połowa. Gdybyśmy zapytali, ilu wiernych obecnych na niedzielnej mszy św. przeżywa Eucharystię, to określenie „najwyżej połowa” byłoby bardzo zadowalające. Skąd bierze się obojętność – także religijna – w człowieku? Przyczyn może być wiele, ponieważ każdy z nas jest inny (na szczęście). W moim przekonaniu duchowość człowieka, czyli jego integralna siła napędowa, została wyrzucona ze świadomości. Żyjemy szybko, a więc powierzchownie, byle jak. Nie potrafimy odpoczywać (nic nierobienie, nie jest odpoczynkiem!), cieszyć się z małych rzeczy, żyjemy przeszłością, której już nie ma albo przyszłością, której jeszcze nie ma. Nie potrafimy odnaleźć swojego „ja” w teraźniejszości – czyli tu, gdzie najbardziej potrzebuje nas Bóg, drugi człowiek i my sami. Nietrudno więc w takim stanie rzeczy o opłakane konsekwencje, których skutki są widoczne także i przede wszystkim w przeżywaniu naszej religijności lub duchowości w ogóle.

Problem acedii jest dzisiaj dobrze znany, dość często pojawiają się w sieci artykuły na jego temat. Gdzie jednak szukać przyczyny acedii? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Na pewno problem tkwi w nas samych i dzięki nam samym rozkwita do momentu, gdy tracimy kontrolę. Nie da się zrzucić powodu duchowych niepowodzeń na najbardziej realne problemy zewnętrzne. Wszystko jest w nas – to my decydujemy, mówiąc „tak” lub „nie”.

Ewagriusz z Pontu, wybitny teolog, asceta i mistrz życia pustelniczego, w swoim nauczaniu skupia się na ośmiu demonach, które niszczą wewnętrznego człowieka. Najgroźniejszym z nich jest demon acedii, który poprzez lenistwo, niemoc i gnuśność doprowadza człowieka do stanu nadzwyczajnej obojętności, bezczynności, odbierającej mu energię życiową. Co ciekawe, Ewagriusz zwraca szczególną uwagę na grzechy popełnione w myślach, czyli pierwszym momencie schodzenia z wyznaczonej drogi prowadzącej do celu. W przekonaniu Ewagriusza za każdą wadą kryje się jakiś demon. Autor barwnie opisuje, jak demon atakuje mnicha od godziny dziesiątej aż do drugiej po południu. Każe mu obserwować słońce, wyglądać wizyty gości. Budzi niechęć do pracy fizycznej, do celi, do współbraci, wśród których brakuje miłości. Wzbudza tęsknotę za innym miejscem i życiem, w którym byłoby lepiej. Każe wspominać swoich najbliższych, pozostawioną rodzinę. Celem tych pokus jest nakłonienie do ucieczki i porzucenia wybranego stanu życia. Te elementy destrukcyjnego funkcjonowania możemy odkryć w każdym stanie i u każdego człowieka borykającego się z acedią. Skoro problem jest uniwersalny i ponadczasowy, to również wskazówki i metody walki z acedią mają taki charakter.

Wydaje się, że Kościół polski starannie, choć nie do końca celowo, pielęgnuje rozwój duchowego pasożyta, przedstawiając krajowe statystyki, które wcale nie są najgorsze na tle obojętnej religijne Europy czy całego świata. Skrupulatnie i regularnie przeprowadza się badania dotyczące frekwencji wiernych na niedzielnych mszach św. Liczba osób spowiadających się przed Bożym Narodzeniem czy Wielkanocą lub podczas szczególnych wydarzeń jest powodem do dumy i jak się sprytnie mówi: wyznacza nowe horyzonty. To jednak nic innego jak tylko pochwała ludzkiej powierzchowności, przez którą najprawdopodobniej zmierza się do klęski jednostki. Co z tego, że przed świętami kolejka do konfesjonału nie ma końca. Ile jednak jest dobrych spowiedzi przynoszących zyski duchowe, a ile z nich to tylko „odhaczenie” tzw. obowiązku? To przykład na miarę kropli w morzu, jednak nadszedł czas, by na nowo zacząć wyznawać zasadę, że nie ilość, lecz jakość jest najważniejsza.

Dzisiejszy człowiek ma problem z wyznawaniem wiary, choć prawie zawsze przyznaje, iż Bóg istnieje. Nie widzi jednak potrzeby manifestowania tego na zewnątrz poprzez praktykowanie wiary w kościele, czy nawet skłaniając się do modlitwy w domowym zaciszu. Trudno jest uświadamiać ludzi, że samowolna i frywolna przygoda z Bogiem (a raczej z bogiem), jest tylko wyimaginowaną sztuką zaspokajania resztki tęsknoty za Bogiem prawdziwym. Jakkolwiek chciałoby się wyegzekwować choćby odrobinę głębi, odpowiedź brzmi zawsze nie, bo po prostu nie. Dlatego jednym z najbardziej toksycznych owoców acedii jest totalna obojętność, zawieszenie w próżni, najlepiej teraz i zawsze. Taka sytuacja ma niestety drugie dno – zwycięstwo szatana, który ciągle szuka współwinnych (całkiem nieźle mu to wychodzi) swojego czynu.

Krytykanctwo jest skuteczną forma pozbywania się złych emocji bez względu na konsekwencje. Łatwo jest krytykować Kościół. Media nieraz stawiają nas w świetle jakiejś afery. Wówczas ci, którzy wciąż szukają usprawiedliwienia za wszelką cenę, niszczą Kościół. Jest to niebezpieczne, ponieważ osłabia wiarę, niszczy zażyłą więź z Bogiem, wyrywa z fundamentu tożsamości duchowej i potęguje bylejakość wiary. Najczęściej, o czym wiadomo, krytykanctwo bierze się z ignorancji i niewiedzy. Łatwo mówi się coś, czego się nie rozumie, gdy odpowiedzialność za słowa lub czyny jest bliska zeru.

Spójrzmy jednak (nareszcie!) na to, co dzieje się w człowieku, kiedy traci duchowy grunt pod nogami, kiedy wie, że jest źle i nie ma już najmniejszej ochoty na poprawę swojej sytuacji. Z pewnością jest to stan cierpienia. Jednak zaczyna się od zaniedbań z własnej woli. Inaczej rzecz ujmując – świadomie wprowadzamy się w stan nieświadomości! (zawsze). Wystarczy raz odpuścić pacierz, godziny brewiarzowe, mszę św. i skutecznie usprawiedliwić się przed sobą (świat pędzący donikąd pomaga). Kolejny krok to pozorna bezradność i idące za nią zaniedbania, które zmieniają się w przyzwyczajenia. W ten sposób doprowadzamy się do stanu, gdzie nie można już nic z siebie dać i jest nam wszystko jedno.

Czy można przezwyciężyć acedię? Można, ponieważ człowiek ma szczególną cechę, wyróżniającą go spośród innych stworzeń. Jest nią samoświadomość, czyli wiedza o sobie samym. Kto potrafi myśleć logicznie (wbrew pozorom każdy człowiek), jest w stanie nazwać – mniej lub bardziej dokładnie – stan, w którym się znajduje. To klucz do zwycięstwa – pewnie tylko teoretyczny, gdyż niewielu chce podjąć się pracy nad sobą w jakimkolwiek kierunku. Warto, choćby na moment zapomnieć o rolach, które w życiu gramy. Odsunąć na bok swój wiek, wygląd, zawód, swoją pozycję społeczną i w tej jedynej, a prawdziwej chwili stanąć tu i teraz. Co pozostanie? Ja – człowiek, bez żadnych dodatków, bez ról, których się nauczył. To doświadczenie spotęguje tęsknotę za sobą i za Bogiem.

Cierpienie, także duchowe (np. acedia), jest często wynikiem działania emocji, a one bywają raczej nieuzasadnione. Jeżeli zależy komuś na pokonaniu acedii, powinien uświadomić sobie, że odczuwane cierpienie i tęsknota za czymś, czego nie ma, to efekt rządów emocji. Cierpienie staje się mniejsze i znośne, kiedy to sobie uświadomimy. To trudne, lecz gdy nie wyjdziemy naprzeciw emocjonalnym rozterkom, zawsze będziemy przegrywać na polu moralności i religijności. Jak zatem doprowadzić do pierwszego poruszenia? Na pewno poprzez przejęcie kontroli nad sobą. To wysiłek, który się opłaca. Bóg zawsze docenia nawet najmniejszy przejaw walki o siebie. Jeżeli w tym momencie ktoś poczuł, że wypadałoby „coś” ze sobą zrobić, to znaczy, że zaczął wygrywać – ważne jest, by nie odpuszczać, za wszelką cenę.

 

 

 

 

 

Podobne artykuły