Komunikat o błędzie

Notice: Undefined variable: output w business_breadcrumb() (linia 26 z /home/michalici/ftp/newDrupal/sites/all/themes/business/template.php).

Wywiad z Markiewiczem XI

Ostatnia rozmowa

Księże Rektorze, jak po konsultacjach?

Wszystko w ręku Boga.

Może przerwiemy naszą rozmowę i umówimy się w innym czasie?

Może lepiej nie. Kontynuujmy, aby zdążyć.

Zdążyć przed czym?

Przed „zachodem słońca”… (uśmiech).

Reasumując, 1902 rok nie zakończył się zbyt szczęśliwie. Kłopoty, trudności, brak zrozumienia itd. Jak Ksiądz to znosił?

Wydaje mi się, że po chrześcijańsku. Modliłem się i pracowałem dalej. Przyszła też dobra informacja z Krakowa. Mój brat Władysław poinformował mnie, że radcy krakowscy chcą nam sprzedać majątek w Pawlikowicach k. Wieliczki i chcieliby, abyśmy tam założyli nowy dom wychowawczy. I tak też się stało. Nasi przyjechali tam 3 sierpnia 1903 roku i – pod kierunkiem pana Jana Latuska – zaczęliśmy pracę w Pawlikowicach.

Zapewne Ksiądz Rektor dalej prowadził misję oraz zgłaszał nowe pomysły?

Arcybiskup Teodorowicz zasugerował, żebym w Miejscu założył drukarnię, a mój brat Władysław zaproponował zakup w Pawlikowicach cegielni z fabryką dachówek. W Miejscu razem z Łukasiewiczem planowaliśmy odwierty, poszukując ropy. Siły mnie nie opuszczały.

Jaki był cel tych inicjatyw?

A jak za darmo wychować dzieci i młodzież? Przecież potrzeba na to funduszy. Opatrzność nas nie zostawiała, ale Pan Bóg przede wszystkim dał rozum, to i szukaliśmy sposobów, aby dalej rozwijać dzieło.

Jak się układały stosunki z biskupem Pelczarem po 1902 roku?

Na początku, po wspomnianych wydarzeniach, chłodno. Ale w styczniu 1904 roku złożyłem mu wizytę. Okazało się, że nie miał żadnych pretensji do mnie. Mówił mi mój brat Władysław, że zawsze wyrażał życzliwość i chęć porozumienia w sprawie Towarzystwa.

W 1904 roku placówka w Miejscu przeżywała kolejne trudne wydarzenia, tym razem związane z pożarem…

W nocy na 3 lipca obudził mnie szum i ruch w domu. Gdy wybiegłem na zewnątrz zobaczyłem ogień, który buchał z dachu drewnianego domu. Spało w nim 100 wychowanków, w tym najmniejsze dzieci. Bogu należy dziękować, że nikt nie zginął. Spalił się dom, pokoje z pościelą, jadalnia z kuchnią i piekarnia. Spłonęły także materiały dla naszych warsztatów. Następnego dnia rano był u nas odpust parafialny, a po sumie wiele dzieci musieliśmy odesłać do krewnych. Nie mieliśmy ich gdzie umieścić.

Czy po pożarze ktoś wam pomagał?

No tak. Pierwszy z pomocą przyszedł biskup Pelczar. Sam dał datki dla pogorzelców. Potem w całej diecezji zbierano pieniądze dla nas. Jak wspominałem, niegdyś, tuż po moim przybyciu do Miejsca, pomagałem po pożarze parafianom, no a teraz to ja potrzebowałem ich pomocy.

Jak dalej toczyły się losy placówki w Miejscu Piastowym?

Podobnie jak przed pożarem – modlitwa, praca, w święta przedstawienia teatralne itd. Nasz dom został wyróżniony przez cesarza Franciszka Józefa, który z okazji swojego jubileuszu w 1908 roku nadał mi (jako przełożonemu) za działalność wychowawczą krzyż ze złotą koroną.

Proszę Księdza, wspomina Ksiądz o modlitwie. Czy modli się Ksiądz w jakichś szczególnych intencjach?

Nade wszystko proszę o czystość i wytrwanie w powołaniu. Modlitwa i czyste sumienie zapewnią nam pomoc Bożą. Do świętości prowadzi najpierw umartwienie, czyli powściągliwość, a potem modlitwa. Tak tworzy się życie duchowe.

Jak je Ksiądz rozumie?

Wielu ludzi chciałoby się stać ludźmi duchowymi, albo chociaż chcieliby dobrze się modlić. Ale aby dobrze się modlić, trzeba na modlitwie prosić o ducha modlitwy. Mówiąc krótko, do dobrej modlitwy prowadzi sama modlitwa. Bez niej nie ruszysz z miejsca.

Ja przywiązuję wagę do codziennej półgodzinnej medytacji, rozmyślania. Sam widzę, że na początku inaczej ją odprawiałem, a teraz zupełnie inaczej, mam większą wprawę.

W trudnościach czy wątpliwościach także się modlę. W rozterkach wybieram to, co jest przeciwne mojej naturze i moim skłonnościom, a co zgadza się z wolą przełożonych.

W duchowości trzeba się strzec pychy tego świata. Jeśli się ona rozrośnie, wszystko niechybnie runie.

Do życia duchowego prowadzi ćwiczenie się w stopniach pokory, osobiste nabożeństwo do Matki Bożej i do św. Michała Archanioła oraz częste korzystanie z sakramentów świętych.

Czy Księdza wychowankowie, małe dzieci i młodzież – użyję tu pospolitego zwrotu – wytrzymują ten dość rygorystyczny program wychowawczy, połączony z pracą wewnętrzną?

Nie jest on znowu taki rygorystyczny. Znam takie opowiadanie. Jeden ze świętych żartował ze swoimi uczniami. Ci go słuchali i śmiali się. Drogą przechodził jakiś człowiek i zgorszył się tym radosnym podejściem do życia. Ów święty, widząc, że obserwator ma przy sobie łuk, kazał mu go napiąć. A ten to uczynił. Ale święty kazał napiąć bardziej. I ten posłuchał. Więc święty nakazał, aby jeszcze bardziej napiął swój łuk. Ten mu odrzekł, że jak to zrobi to łuk pęknie. A święty na to:

- Widzisz bracie, podobnie jest z pracą wewnętrzną. Jeśli ją ponad miarę napniemy, to bracia nie wytrzymają i się załamią. Dlatego też z nimi żartuję.

Ów człowiek, zbudowany postawą świętego odszedł, a bracia radośni powrócili do swoich obowiązków.

Tak jest i z naszym systemem. Jak już mówiłem, jest on heroiczny, ale i wykonalny – za bardzo nie napinamy łuków (śmiech).

Czy do Miejsca Piastowego przyjeżdża wiele osób, którym głosi Ksiądz rekolekcje?

Do Miejsca zaczęli przyjeżdżać obcy ludzie, których wysyłali lekarze.

Po co?

Np. dr Tarnowski z Kossowa (w powiecie kołomyjskim) przysyłał swoich pacjentów, aby się przekonali, że powściągliwe życie przynosi także zdrowie fizyczne.

I przynosi?

Ja już jestem starcem, przekroczyłem siedemdziesiątkę i stwierdzam, że życie skromne i pracowite dodaje sił i przynosi pogodę umysłu. Proszę pamiętać, że „kto nie doje i nie dopije, ten długo żyje”.

Wynika z tego, że Księdza dom, w którym obok duchowości preferuje się skromną, ale zdrową żywność stał się swoistym „sanatorium”?

Można tak powiedzieć.

Czy oprócz Pawlikowic powstał jakiś dom wychowawczy urządzony tak jak ten w Miejscu?

Oprócz Miejsca i Pawlikowic wysłałem pomocników do Wilna. Dom powstał także w Starych Skomorochach. W sumie wychowywaliśmy w tych domach 500 wychowanków.

Księże Rektorze, a co z Księdza oponentami?

O kim konkretnie Ksiądz myśli?

Np. o kardynale Puzynie, biskupie Bilczewskim i innych osobach.

Kardynał Puzyna nie był nam zbyt przychylny, a i ja „miałem z nim na piwo”. Od czasów, gdy pracowaliśmy w seminarium, różniliśmy się poglądami. Później zapraszał mnie na rozmowy do Krakowa, jednak nie mogłem wyjechać z Miejsca i zostawić parafii. Odwiedziłem go w 1909 roku, przy okazji wizyty w Pawlikowicach. Tam przez wiele lat nie mogliśmy otworzyć kaplicy i wychowankowie co niedziela szli do kościoła do Wieliczki. Nie przeszkadzały im słońce, deszcz, błoto, mróz i śnieg. Ale i to minęło. Mamy kaplicę i tam teraz odprawiają.

Co do biskupa Wilczewskiego, to nigdy nie był mi przeciwny. Kiedyś pisał, że chętnie by mnie popierał, ale ze względu na mój upór i głos biskupów z Galicji tego uczynić nie może. Jednak zaraz potem przyjął naszego kleryka Sobczaka do seminarium i on jest już księdzem. Doszły do mnie wiadomości, że podczas ostatniego spotkania biskupów z Galicji ostatecznie postanowiono popierać nasze inicjatywy wychowawcze.

A co z biskupem Pelczarem?

Relacje mieliśmy zawsze dobre, ale nie afektywne. Na synodzie w Przemyślu biskup chwalił moje metody duszpasterskie i konieczność poznawania parafian. Zachęcał także do czytania naszego miesięcznika „Powściągliwość i Praca”. Podczas synodu dwukrotnie w swoich przemówieniach polecał wspierać nasz dom.

Księże Rektorze, chciałbym powrócić do wątpliwości, które nadal mnie nurtują. Czemu Ksiądz nie przejmował się tak bardzo przepisami prawa kanonicznego i istniejącymi regulacjami prawnymi?

Nie było na to czasu. Ja wszystkich przepraszam za swoje uchybienia. Jednak żyjemy w czasach wyjątkowych, kiedy nieraz prawa zdają się ustawać. O ile rozeznaję, działałem – jak mogłem i umiałem – w najlepszej wierze.

Proszę Księdza, trzeba aby w naszym społeczeństwie znalazło się kilku szaleńców, mała niezbędna garstka, która by dobrowolnie zdecydowała się pójść i uczestniczyć w niedoli ludzi cierpiących, a zwłaszcza w największej nędzy. Ale nie iść indywidualnie, bo wtedy albo sami ugrzęzną w cierpieniu – a przez nie zmiażdżeni nie będą mogli już wiele zdziałać – albo będą się trzymać na uboczu i stracą autorytet. Muszą to czynić we wspólnocie, bo ona da im moc i siłę w nędzy i nie pozwoli dać się porwać wirom świata. Muszą zarabiać na życie pracą, która zapewni im samodzielność materialną. Nawet gdyby to była praca najlichlejsza – praca gałganiarzy, ludzi grzebiących w odpadkach na śmietniskach. Wtedy będą mogli powiedzieć: „Nie jestem nikomu nic dłużny i mogę mówić, bo znam cierpienie, żyjąc wśród udręczonych. Nie jestem zmiażdżony cierpieniem, bo od tego broni mnie siła wspólnoty. Jestem wolny i swobodny wobec całego świata, bo chleb, który spożywam, zawdzięczam własnej pracy”.

Poruszyliśmy wiele zagadnień, które tworzą istotę Księdza działalności duszpasterskiej...

Pozostało jeszcze jedno.

Jakie?

O rzeczach ostatecznych.

Hm…

Drogi Księże, nie istnieje nic pewniejszego od śmierci i nic najmniej pewnego o jej godzinie. Już jest określony rok, miesiąc, dzień, godzina, chwila, w której wejdziemy do Wieczności. Ale dla nas jest to tajemnicą.

Skoro śmierć czeka na ciebie wszędzie, to i ty na nią czekaj. Wielu widzi śmierć w takiej odległości, że ją z oczu tracą. Ilu to ludzi za naszych dni umarło nagle, chodząc, siedząc czy śpiąc?

Konieczne jest przygotować rachunek sumienia, zanim nadejdzie dzień rachunku na sądzie ostatecznym.

Przecież śmierć jest najważniejszą chwilą w życiu. To ona rozstrzyga o całej wieczności. Dlatego słusznie i rozumnie jest o niej rozmyślać.

Boi się Ksiądz śmierci?

Jest mi obojętne, jaka śmierć mnie spotka i kiedy, choćby dzisiaj.

Bardzo dziękuję za rozmowę i poświęcony czas.

I ja dziękuję. Mam jeszcze jedną prośbę do Księdza. Proszę się za mnie modlić, abym został świętym, bo takich potrzeba wszystkim, a szczególnie nam – Polakom. Gdy brakuje świętych w narodzie, robi się ciemno w głowach ludzkich i ludzie nie widzą dróg, którymi należy iść.