Komunikat o błędzie

Notice: Undefined variable: output w business_breadcrumb() (linia 26 z /home/michalici/ftp/newDrupal/sites/all/themes/business/template.php).

Zaczęło się od szkolnej wycieczki… - ostatni wywiad z ks. Stanisławem Hędrzakiem

O świętości ks. Bronisława Markiewicza, Miejscu Piastowym i 75-letniej historii swego powołania z ks. Stanisławem Hędrzakiem, najstarszym michalitą, rozmawiają ks. Piotr Prusakiewicz CSMA i Karol Wojteczek.

Jest ksiądz najstarszym członkiem Zgromadzenia Księży Michalitów, kontynuatorów dzieła błogosławionego księdza Bronisława Markiewicza. Jak wspominali go świadkowie Jego życia, z którymi przyszło księdzu żyć i współpracować?

Do Miejsca Piastowego przyjechałem w 1928 roku, w 16 lat po śmierci naszego Ojca Założyciela. Wciąż pielęgnowano tam żywą pamięć o ks. Markiewiczu. W michalickich ośrodkach nadal pracowali jego liczni podopieczni i wychowankowie. Nie wspominali oni ks. Markiewicza inaczej jak tylko jako „świętego”. Opowiadali o jego żarliwej modlitwie, głębokim, odczuwalnym dla innych, kontakcie z Bogiem, niezwykłym zaangażowaniu w celebrację każdej Mszy Świętej. Zachęcali też do modlitwy w intencji jego rychłej beatyfikacji.

Kogoś z tych kontynuatorów dzieła Ojca Założyciela zapamiętał ksiądz szczególnie?

Bez wątpienia ks. Władysława Janowicza, którego spotkałem w Pawlikowicach. To był niezwykle świątobliwy kapłan -  zafascynowany osobą Ojca Założyciela starał się stanowić jego odbicie, opowiadał o nim. Ks. Janowicz był bez wątpienia moim najważniejszym życiowym wzorem.

Pomógł mi on bardzo w rozeznaniu powołania i podjęciu decyzji o wstąpieniu do nowicjatu. Sprawił, że uwierzyłem w siebie – wcześniej miałem liczne obawy, bałem się np., że nie dam sobie rady z nauką. W Pawlikowicach, gdzie kończyłem 4 i 5 klasę, był bardzo wysoki poziom, nauczyciele byli niezwykle wymagający. Nawet mój starszy brat radził bym zmienił szkołę na łatwiejszą. Utwierdzony przez ks. Janowicza postanowiłem jednak zostać. I oto tak stałem się michalitą.

Oczywiście ks. Janowicz nie opuścił mnie i wtedy. Wskutek wielogodzinnej pracy w młynie ciężko zachorowałem na płuca, osiadła mi na nich mąka. Zbiegło się to w czasie z ogromnym kryzysem; brakowało jedzenia, tak dla nas, jak i wychowanków. Pewnego dnia, gdy wreszcie poczułem się lepiej i byłem w stanie w końcu wstać z łóżka, udałem się na krótki spacer. Kiedy wróciłem, pod poduszką znalazłem… kanapki. Następnego dnia sytuacja powtórzyła się. Postanowiłem więc zaczaić się na tajemniczego dobroczyńcę. Okazał się nim być właśnie ksiądz Janowicz, który wiedząc o mojej chorobie, dzielił się ze mną swoimi, skromnymi i tak, śniadaniami. Jeszcze bardziej zapragnąłem być taki jak on.

No dobrze, ale to już jest wszystko historia w Zgromadzeniu. A jak się w ogóle ksiądz tam znalazł?

Zaczęło się od wycieczki do Miejsca Piastowego, zorganizowanej przez nauczycielkę ze szkoły powszechnej, do której uczęszczałem. Nie było jeszcze samochodów, gospodarze ze wsi udostępniali swoje wozy, byśmy mogli wyjechać na tę majówkę. Na takiej właśnie wycieczce zetknąłem się z michalitami. Pojechałem raz, potem drugi, zaczęło mi się podobać…

Cały czas byłem jednak potrzebny w domu, byłem prawą ręką mojej mamy. Urodziłem się 9 września 1914 roku - w roku rozpoczęcia I Wojny Światowej. Mama szybko została sama z 3 małymi synami, Austriacy wszystkich mężczyzn ze wsi wcielili przymusowo do armii. Czasy były bardzo niebezpieczne – w miejscowości zostały same kobiety, a dookoła co i rusz przewijały się tabuny to austriackich, to rosyjskich wojsk. Najstarszy brat skończył szkołę powszechną i poszedł na naukę do gimnazjum w Brzozowie. Taty nie było, a ktoś musiał pracować w gospodarstwie. Stąd od najmłodszego uczony byłem pracy przy domu. Tatuś wrócił dopiero po zakończeniu wojny – Rosjanie wywieźli go na Syberię jako jeńca.

Ale mimo tych przeszkód, ostatecznie trafił ksiądz do Miejsca Piastowego…

Tak, nasza Pani należała do koła nauczycielek prowadzących zbiórkę na rzecz ośrodka w Miejscu Piastowym. To ona wytypowała z naszej szkoły do nauki u księży michalitów innego, niezwykle uzdolnionego malarsko, chłopca. Zachorował on jednak na zapalenie płuc i niedługo przed wyjazdem zmarł. Tydzień później Pani Profesor wezwała do szkoły moją mamę. Obawiałem się, że chce się na mnie poskarżyć, tymczasem ona zaproponowała mamie wysłanie mnie na naukę do zakładu w Miejscu Piastowym. Mama początkowo bała się, że nie poradzi sobie w domu i, że nie stać jej będzie na kształcenie dwóch synów, ale po konsultacji z tatą w końcu wyraziła zgodę. Bardzo się z tego ucieszyłem. To było spełnienie moich marzeń i pragnień.

Jednak później też nie było łatwo, zwłaszcza podczas wojny…

II Wojna Światowa zastała mnie jako wychowawcę w Pawlikowicach. Spoczęła na mnie odpowiedzialność za ewakuację na Wschód dwóch grup wychowanków, łącznie ponad 20 chłopców. Bałem się, że nie zdołam ich wyżywić. Przywdziałem więc sutannę i udając księdza z grupą ministrantów, zdałem się na ludzką jałmużnę. Udało nam się w ten sposób przez Lublin, Białystok i Baranowicze dotrzeć do Dziadkowicz. W tamtejszym zakładzie wychowawczym nikt nawet nie wiedział, że kilka dni temu wybuchła wojna. I w takich to trudnych okolicznościach mieliśmy zadanie zorganizować dla moich chłopców prowizoryczną szkołę. Niestety przyszedł 17 września…

Białoruska milicja uwięziła i wywiozła wszystkich wychowawców pod sąd do Baranowicz. Sowiecki sędzia stwierdził jednak o dziwo, że takie zakłady jak nasz są potrzebne i mamy kontynuować swoją pracę. Tak naprawdę Sowietom chodziło o przejęcie ziemi i majątku pozostających we własności zakładu. Dzięki ciężkiej pracy i żyznej glebie osiągaliśmy tam znaczne plony. Codziennie jednak nachodziła nas milicja. W końcu radziecki urzędnik kazał całej zakładowej kadrze udać się na obowiązkowy kurs nauczycielski do Mińska. Dopiero później dowiedziałem się, że był to podstęp. Na szczęście udało nam się wraz z drugim klerykiem, Pawłem Grabowskim, uciec podczas postoju na jednej ze stacji. Wskoczyliśmy do przejeżdżającego pociągu do Białegostoku. Tam musieliśmy sprzedać część swoich rzeczy, aby mieć środki na dalszą podróż z powrotem do Pawlikowic.

I to był dopiero początek tułaczki…

Niestety tak... Wraz z początkiem 1940 zacząłem uczyć języka niemieckiego chłopaków w Pawlikowicach. Niedługo jednak skierowany zostałem do Prus [nazwa wsi – przyp. red.], do pomocy wychowawczej w tamtejszym Zakładzie. Dotychczasowy wychowawca nie mógł sobie sam poradzić z miejscowymi chłopakami. Szybko jednak musieliśmy wrócić, znaleźć tym chłopakom miejsce w Krakowie, gdyż ośrodek w Prusach był tylko ośrodkiem letnim. Tam jednak też nie gościliśmy długo – Niemcy chcieli całkowicie zgermanizować miasto i zmusili nas do przeniesienia zakładu do Rymanowa-Zdroju. W międzyczasie studiowaliśmy jeszcze potajemnie z innymi klerykami u księży misjonarzy na krakowskim Stradomiu. Udało mi się te studia zakończyć w 1947 r. Wtedy też przyjąłem święcenia kapłańskie.

Koniec wojny nie przyniósł jednak księdzu spokoju…

Zaraz po przejęciu władzy przez komunistów musieliśmy podjąć się organizacji nowego ośrodka dla 150 chłopaków. Dostaliśmy wtedy w darowiźnie zaniedbany budynek targowy, który i tak właściciele musieliby oddać władzom. Ale wkrótce, w 1950 r., Przełożony Generalny przeniósł mnie do jednej z parafii pod Bydgoszczą. Nie zagościłem tam jednak długo - zaczęło mnie nękać UB, podejrzewając moją współpracę z antykomunistycznym podziemiem. Wróciłem więc do Miejsca Piastowego, by objąć funkcję katechety.

I to był już koniec problemów?

Wręcz przeciwnie, prawdziwe problemy dopiero się zaczęły. Jako katechetę zaproszono mnie i księdza proboszcza na szkolną akademię z okazji 1 maja. Gdy wszedłem na salę, dzieci, ku zgorszeniu partyjnych urzędników, otoczyły mnie z radością. Po miesiącu przyszło urzędowe pismo od władz, zakazujące mi pracy katechetycznej. Zostałem więc skierowany do pełnienia posługi kapłańskiej w Niegłowicach pod Jasłem. Już na pierwszej mojej Mszy Św. pojawili się milicjanci, którzy śledzili mnie również w drodze powrotnej. Udało mi się na szczęście ich zgubić. Po odwilży 1956 r. zostałem mianowany proboszczem w Młochowie, gdzie prowadziłem też katechezy. Szybko jednak znowu zaczęły się najścia ze strony milicji. Obiecywali mi zgodę na budowę plebanii w zamian za współpracę. Odmówiłem. Dlatego też, gdy potem miałem objąć proboszczostwo na parafii w Strudze, władze PRL nie wyraziły na to zgody. Zostałem więc skierowany na studia w Warszawie, po których mianowano mnie mistrzem nowicjatu w Pawlikowicach. Byłem nim do roku 1969. Później był jeszcze Toruń, gdzie byłem duszpasterzem niewidzących; Kraków, gdzie opiekowałem się klerykami i Struga, w której zostałem spowiednikiem i kierownikiem 5 rodzin sióstr zakonnych. Posługę tę pełniłem aż do emerytury, do roku 1991. Od tej pory pozostaję cały czas w Strudze. Tutaj przeżywałem swój złoty kapłański jubileusz – wielką, huczną uroczystość w 1997 roku (śmiech). Tutaj też niedawno obchodziłem 75-lecie w Zgromadzeniu.

Doczekał też ksiądz stulecia od śmierci ks. Bronisława Markiewicza. Wkroczyliśmy w Rok Jubileuszowy, Rok Markiewiczowski. Co ksiądz czuje w takiej chwili?

Nie sądziłem, że Pan pozwoli mi doczekać obchodów tego wielkiego, Jubileuszowego Roku. Cieszy mnie niezmiernie, że spełniają się słowa bł. Księdza Markiewicza, który zapowiedział niegdyś, że będziemy obecni ze swą posługą na całym świecie [14 krajów na 4 kontynentach – przyp. red]. Jestem dumny, że godnie spełniamy tę rolę, która została nam przez niego wyznaczona.

Co jeszcze pozostaje dzisiaj aktualne z tego przesłania sprzed stu lat?

Tak jak wtedy, tak i dzisiaj najważniejsza w przesłaniu ks. Markiewicza pozostaje miłość. Jego miłość wobec bliskich była wprost niezwykła, to ona przyciągała do Ojca Założyciela tak wielu ludzi. Zaszczepił on też w nas silne poczucie jedności – wszystkie uroczystości, wydarzenia zawsze obchodziliśmy i przeżywaliśmy razem – tworzyliśmy dzięki temu niesamowicie silną wspólnotę. Byliśmy jak jedna, wielka rodzina – dzięki temu udało nam się przetrwać te wszystkie trudne lata. Pozostaje jedynie życzyć, by kolejnym pokoleniom michalitów udało się tę jedność zachować.

 

Rozmawiali:

Ks. Piotr Prusakiewicz CSMA

Karol Wojteczek

​26 marca o godz. 12.30  w Szpitalu Praskim w Warszawie zmarł najstarszy michalita ks. Stanisław Hędrzak CSMA.

Syn Franciszka i Katarzyny, ur. 09.09.1914 r. w Bukowie k/ Haczowa. W 14 roku życia przybył do Miejsca Piastowego, gdzie kontynuował naukę w szkole podstawowej, a potem w Pawlikowicach w szkole średniej. Po odprawieniu nowicjatu w latach 1934-1936, złożył pierwszą profesję zakonną -12 07.1936 roku. Studia filozoficzno-teologiczne ukończył w ITKM w Krakowie i dnia 29.06.1947 roku przyjął święcenia kapłańskie z rąk Ks. Biskupa Stanisława Rosponda. Do czasu upaństwowienia zakładów wychowawczych w 1951 r. pracował przy wychowaniu, a potem w duszpasterstwie i katechezie szkolnej. W latach 1956-1960 pełnił obowiązki przełożonego domu w Młochowie. Dwukrotnie sprawował funkcję mistrza nowicjatu (1964-1969; 1972-1974). Od 1964 do 1989 roku służył współbraciom jako ojciec duchowny w domach zakonnych: w Pawlikowicach, Toruniu, Krakowie i najdłużej w Markach (Strudze). W swojej długiej historii życia, niespełna 42 lata przeżył w Markach-Strudze. Był cenionym wychowawcą, katechetą i spowiednikiem. Spośród licznych żeńskich zgromadzeń, najdłużej korzystały z jego posługi sakramentalnej Siostry Benedyktynki-Samarytanki.

Odznaczał się pobożnością, sumiennością w wypełnianiu zleconych obowiązków, gorliwością w zachowywaniu norm zakonnych, wrażliwością i umiłowaniem charyzmatu Zgromadzenia, przejętego od pierwszych uczniów bł. Ojca Założyciela.

Pogrzeb odbędzie się 29 marca w parafii p. w. św. Andrzeja Boboli w Markach. Spocznie na cmentarzu parafialnym w Markach, w podziemiach kaplicy cmentarnej.

Dobry Jezu, a nasz Panie, daj mu wieczne spoczywanie.