Komunikat o błędzie

Notice: Undefined variable: output w business_breadcrumb() (linia 26 z /home/michalici/ftp/newDrupal/sites/all/themes/business/template.php).

W cieniu anielskich skrzydeł

Nawet jeśli, na miejsce siedzące i tak już liczyć nie może. Te zostały zajęte jakiś czas temu. Być może przez autobusowe grupy pielgrzymów nocujących w pobliskim San Giovanni Rotondo. Ci ostatni mieli znacznie gorzej od naszego delikwenta od żaluzji. Musieli zrywać się około czwartej. Następnie w nocnych czeluściach przy porannej modlitwie wdrapywać się autobusami na skaliste Gargano. Wąską asfaltową nitką ciągnącą się pomiędzy ciemnymi, niedoświetlonymi okapami prowadzącymi na Monte. Śpiący prawie do szóstej mają szczęście. Ta część Anielskiej Pielgrzymki nocuje już na miejscu. Zaraz przy cudownej grocie. Teraz jednak wszyscy są równi. Wszyscy chcą być w jednym miejscu. O jednym czasie.

W grocie nie ma już za wiele miejsca. Część ludzi stoi przy wejściu. Wpatrzona sennie w kamień, przed którym w 1216 roku modlił się sam św. Franciszek, nie czując się godnym wejścia do miejsca, gdzie objawił się Boży Posłaniec. Część nieśmiało wchodzi głębiej. Tam jednak jest naprawdę ciasno. W dodatku trzeba uważać na siedzących na posadce ludzi. Część z pielgrzymów nie ma już po prostu sił.

Nikt się nie odzywa. Nawet półszeptem. Ktoś dyskretnie przykrywa ziewającą buzię. Ktoś wyjmuje różaniec. Jeszcze inna osoba wpatruje się w figurę przemożnego Patrona dzisiejszego dnia. Tak. Przedziwna jest ta atmosfera. Ta Boska aura groty na Gargano. Zwłaszcza dziś. Zwłaszcza o tej godzinie. Zapachy, ciemna aura, niewsypanie, może poranny głód… – wszystko to nasuwa mi pewne skojarzenie. Wiem! Atmosfera porannych rorat. Albo jakiegoś wspólnego czuwania. A może to coś zupełnie nieporównywalnego?

– W tym wyjątkowym dniu jesteśmy tutaj razem. Na miejscu. W cudownej grocie. I dobrze, że tu jesteśmy. Dziękuję… – ks. Dariusz Wilk, generał zakonu Michalitów, rozpoczyna przewodniczenie w porannej Eucharystii. Mszy świętej mającej zainaugurować odpustowe obchody u św. Michała Archanioła. Tutaj na Gargano. To jednak zaledwie etap całej pielgrzymki, z którą anielscy pątnicy przybyli do Włoch.

 Adoracja chodzących Hostii

– Kochani, Bóg ma swój czas. Powierzamy mu dziś te wszystkie nasze intencje, z jakimi na tę pielgrzymkę przyjechaliśmy – w małej kaplicy w Cascia, tuż obok ciała św. Rity, ksiądz Robert, duszpasterz naszej Anielskiej Pielgrzymki mówi o Nadziei. Mówi w ten sposób, że nikt spośród słuchających nawet nie kaszlnie. Nie da się słyszeć najmniejszego szumu. Tylko skupienie. Mówią, że „wiara bierze się ze słuchania”. Taką wiarę dostawało każde z nas podczas tychże pielgrzymkowych nauczeń. – Jestem przekonany, że dobry Bóg o wszystkich tych intencjach wie. I na swój cudowny sposób je wypełni. W swoim czasie. Najlepszym. Ufajmy. Po prostu ufajmy. I już się więcej o te sprawy nie troszczmy.

Tuż po mszy przychodzi czas na adorację. I tu znowu: niespodzianka. Bo robi się nietypowo.

– Kochani, dziś nie będzie wystawienia – rozpoczyna wyjaśnianie zasad nadchodzącej adoracji ksiądz Robert. – Przed chwilą każdy z Was przyjął Pana Jezusa do serca podczas Komunii Świętej. W tej chwili jesteśmy więc chodzącymi Hostiami. Żyjącymi Hostiami. Po prawdzie, trudno byłoby teraz klękać przed swoim sercem. A przecież tam w tej chwili znajduje się Pan Jezus. Rozmawiajmy z nim w ciszy. Mówmy Mu o wszystkim. Zacznijmy…

To bez wątpienia jeden z piękniejszych momentów tego czasu. W kaplicy słychać niemy szloch, pojawiają się łzy. Ale jest tez Pokój. Jest Ufność. Wszystko przemieszane w wodospadzie miłosierdzia dobrego Ojca. Daje się odczuć, że każdy z tu obecnych przychodzi dziś do Jezusa naprawdę zmęczony. Z prawdziwym bólem serca. W ciszy adorujemy żyjącego w nas Chrystusa.

O bólu i cierpieniu na tej pielgrzymce jest naprawdę dużo. O ich sensie. O ich zasadności. Wreszcie o sposobie ich przeżywania.

– Za parę chwil wypowiem słowa „Módlcie się…”. Nie ja. Lecz Wy! Wy się módlcie, „aby Waszą i moją ofiarę przyjął Bóg Wszechmogący”. Skoro macie cierpienie, to je ofiarujcie. To jest ten moment na mszy świętej. Gdy przychodzimy na mszę świętą bez niczego, nie mamy co ofiarować dobremu Bogu. Wówczas te słowa są kpiną. Są wyuczonym frazesem pozbawionym sensu. To jest ta ofiara – ksiądz Robert dociera do najczulszych strun sumienia. Rozjaśnia horyzont. Pokazuje. Naucza.

– Wie pan co? – zaczepia mnie któregoś razu pan Andrzej, jeden z pielgrzymów. – Ależ się nam ksiądz trafił, nie? Taka pokora. Ale i jakie świadectwo! Niesamowity człowiek.

Tego typu opinii będzie na tej pielgrzymce jeszcze bez liku. I trudno się dziwić.

Pielgrzymkowe sceny

Scenka pierwsza. Idą we troje. Powoli. Z tyłu grupy. Widać, że mają problem z nadążeniem za resztą grupy. Ta jest już kilka przecznic dalej. Smutna rzeczywistość rzymskich spacerów. Podczas zwiedzania stolicy Włoch zwykle jest wiele chodzenia. Często w tłumie, z rzadkimi postojami na przerwę. Młody chłopak podtrzymuje swoją, idącą tuż obok, babcię. Jest przy niej przez cały czas. Odkąd tylko pojawili się na warszawskim lotnisku. Jest także teraz. Przy nim babcia z ciocią na pewno się nie zgubią. Są bezpieczne. Świeży maturzysta nie wstydzi się uczuć. Troskliwy opiekun. Młody bohater.

Scenka druga. Głęboki wieczór. Już po kolacji. Wszyscy rozeszli się już do pokojów. Czas odpocząć po intensywnym w przeżycia dniu. W moim pokoju panuje delikatna poświata. Górna lampa pokojowa nie daje zbyt mocnego światła. Nisko skulona sylwetka pana Marka, mojego współlokatora, skoncentrowana jest tuż nad łóżkiem. Pan Marek niedowidzi. Nie należy jednak do ludzi z kategorii tych, którzy łatwo się poddają. Słaby wzrok nie stanie mu na przeszkodzie, aby wysłać z Włoch kartkę do najbliższych. Ogarnia mnie wstyd. Sam nie wysłałem dotąd żadnej. A pan Marek nie tylko skulony ściubie literkę za literką, przykładając zdrowsze oko blisko do pisanych na pościeli kartek, ale jutro rano wstanie i samodzielnie poszuka w miasteczku poczty. Moje małe rekolekcje.

Scenka trzecia. Asia mówi mało. Siedzi w gronie kilku osób przy hotelowej recepcji i raczej przysłuchuje się rozgorzałej dyskusji aniżeli w niej uczestniczy. Z czasem jednak wieczorna atmosfera pozwala się otworzyć także i jej. Widać, że czuje się coraz pewniej. Odważniej. Wreszcie mówi świadectwo. Bardzo osobiste. O jej relacji z Aniołem Stróżem. O tym jak ją strzegł. Jak ją prowadził. I jak tego wszystkiego dotąd nie widziała. Dopiero teraz. Wydaje się być szczęśliwa.

Scenka czwarta. Mały kościółek w San Giovanni Rotondo. Ten sam, w którym msze święte odprawiał św. Ojciec Pio. W tej chwili w ławkach modli się zaledwie kilka osób. Reszta zwiedza sanktuarium. W kościółku zupełna cisza. Obok konfesjonał, w którym Bóg za sprawą świętego kapucyna wyprowadził z grzechów tysiące ludzi. Obok konfesjonału stojąca bezradnie pani. Chce wrzucić intencję serca, którą zapisała na kartce, ale nie sięga na tyle wysoko, by przerzucić wysoką szklana ścianę odgradzającą wiernych od konfesjonału-relikwii. Zwykle karteczki z intencjami wrzuca się do specjalnych skrzyń.

– Chcę, żeby ojciec Pio usłyszał tę intencję tutaj. W swoim konfesjonale.

Szybko przerzucam papierek na drugą stronę szklanej ściany. By czasem nikt nie zobaczył. Intencja ląduje obok setek innych. Ludzie wciąż mają nadzieję.

Te teoretycznie niepowiązane ze sobą scenki pokazują mi, że ten czas tutaj absolutnie nie jest czasem przypadkowym. Podobnie jak to, że nikt z tych ludzi nie znalazł się tutaj niechcący. „Bo tak wyszło”. Nie. Raczej: „bo tak miało być”. Każdy przywozi do potężnego Michała Archanioła swoją intencję. Swój „imieninowy prezent”, jak to pięknie przyrównał niezrównany ksiądz Robert. Ufając, że św. Michał go przyjmie. Uśmiechnie się. Mrugnie porozumiewawczo okiem. I poprowadzi dalej.

Całus

– Anioły zazdroszczą nam dwóch rzeczy… – rozpoczyna tajemniczo ksiądz Robert. – …Możliwości przeżywana cierpienia ofiarowywanego Bogu i przyjmowania Komunii Świętej. Kochani… My to mamy. Warto się więc radować! Nie bądźmy smutasami. To nie jest chrześcijańska postawa – Mam nieodparte wrażenie, że kolejne słowa z nauczania księdza Roberta padają na bardzo żyzny grunt.          

Gdy nasz anielski autobus dojeżdża wreszcie na górę Gargano do przeżywającego odpust Monte Sant’Angelo, większość z nas wydaje się być gotowa. Po modlitwach różańcowych w autobusie, po odprawieniu Drogi Krzyżowej w San Giovanni Rotondo, po modlitwie u św. Ojca Pio… Wreszcie możemy stanąć przed Niebiańską Bazyliką. W tak ważny dzień. W święto wielkiego Patrona tego miejsca.

Poranna msza zakończona. Pora na fiestę.

– Chodźcie, chodźcie. Prędko! – pracująca od lat na Gargano siostra Edyta prowadzi naszą grupę zakamarkami klasztoru. Po cichutku i jakby w tajemnicy. – Wprowadzę was na chór. Tam będziecie mieli widok na całą ceremonię. Inaczej nie wejdziecie do sanktuarium. Chętnych jest zbyt dużo.

Faktycznie. Kościół jest wypełniony po brzegi. Nastrój oczekiwania. Szmer wiernych skutecznie zagłuszają zawodzenia włoskich płaczek. Śpiewają dla św. Michała Archanioła. Zbliża się siedemnasta. Za chwilę do groty wejdzie biskup pobliskiej Manfredonii. Po specjalnie skonstruowanych schodkach wejdzie pod samą figurę św. Michała Archanioła, aby wyjąć z jego ręki miecz. To z nim – specjalnie ułożonym na czerwonej poduszce – oraz kopią figury będą iść w uroczystej procesji wszyscy pielgrzymi oraz mieszkańcy Monte.

Stało się. Idący z mieczem ksiądz biskup omal nie zostaje stratowany przez napierający na niego tłum. Każdy chce dotknąć ostrza. Choćby na chwilę. Wolontariusze otaczający duchownego mają pełne ręce roboty. Włoska mentalność nie zna pojęcia umiaru.

Na ulicy nie idzie się przecisnąć. Tłum wiernych gęstnieje z każdą minutą. Tego wieczora populacja maleńkiego Monte Sant’Angelo prawdopodobnie się podwoiła. Idą wszyscy. Od tych najmłodszych – przebranych za bohaterskiego Michała Archanioła – po najstarszych.

Jak choćby ta pani. Podprowadzona przed róg swego domu przez córkę i wnuczkę. Kobieta oparta o balkonik oczekuje swojego potężnego Patrona. Stojący wokół gapie, widząc sytuację, próbują stawać w taki sposób, aby babuleńce nie zasłaniać. Ona się przecież nie przepchnie. Gdy statua św. Michała przechodzi tuż obok niej, kobieta tylko przykłada dłoń do ust i wysyła swemu Ulubieńcowi całusa. Wierzy, że już wkrótce się spotkają. Jest szczęśliwa.

***

– Przed wyjazdem modliliśmy się, abyście do kraju wrócili tacy sami, ale jednak inni. – pod koniec wyjazdu ksiądz Robert wydaje się być wzruszony. – Tacy sami pod względem fizycznym. Z tymi samymi imionami, nazwiskami. Ale jednak, abyście byli inni. Duchowo. Wewnętrznie. Abyście świecili światłem. I wiecie co? Wydaje mi się, że nasze modlitwy zostały wysłuchane. A teraz idźcie i głoście światu Ewangelię. Nie zatrzymujcie owoców tej pielgrzymki tylko dla siebie. Do dzieła!

Dobrze, Kochany Ojcze. Dobrze Kochany, Michale Archaniele. Idziemy.

Stefan Czerniecki

czerniecki.net

Imiona bohaterów reportażu zostały zmienione.