GLOWNA GALERIA KONTAKT E-KARTKI FORUM SKLEP
piątek 3 września 2010  

Autentyzm oddania jest dzisiaj wezwaniem

Homilia Metropolity Przemyskiego ks. abpa Józefa Michalika, wygłoszona w Dniu Życia Konsekrowanego, 2 lutego 2007 roku, w Miejscu Piastowym w kościele "na Górce".

Czcigodny Księże Generale, czcigodne Matki Generalne, Drodzy Bracia, Drogie Siostry, Drodzy Bracia Kapłani!

Ten rok w naszym Kościele, w Polsce, przeżywamy jako rok pogłębionej refleksji nad naszym chrześcijańskim powołaniem. Chrześcijańskie powołanie dotyczy wszystkich ludzi ochrzczonych, czyli wyrwanych z królestwa grzechu i śmierci i oddanych do królestwa życia, nadziei - aby przedłużali to posłannictwo, które Jezus, Boży Syn, wziął na siebie i niósł na świat. Trzeba to sobie przypominać, uświadamiać; trzeba szukać możliwości, aby odpowiedzieć Panu Bogu - w rodzinach, w pracy, w różnych okolicznościach. Warto uświadomić sobie, że chrześcijanin to nie byle kto, że jest to człowiek wybrany przez Boga i posłany, uświęcony, konsekrowany chrztem, aby był świadkiem, głosicielem Ewangelii Jezusa. Ma myśleć tak jak Jezus i postępować tak jak Jezus postępował, naśladować Go.

1. Oddać się Bogu całkowicie

W rodzinie chrześcijańskiej rodzą się potem kolejne wezwania, charyzmaty. Rodzą się kolejne wołania Boże, bo powołanie to jest wezwanie Boga i odpowiedź człowieka na to zaproszenie. Różne były formy służby Panu Bogu. Wiemy, że zaraz od początku, w pierwszych wiekach, ba, już za Apostołów, ten zryw człowieka ochrzczonego ku Bogu bywał bardzo mocny. Ludzie wyrzekali się niekiedy tego, co zdobyli, bo pragnęli żyć we wspólnocie, zaufać wierzącym braciom i siostrom bardziej niż zdobyczom materialnym. Nie wszystkie tego rodzaju gesty były uwieńczone sukcesem. Pamiętamy z Dziejów Apostolskich opis człowieka sprytnego, który chciał niby coś dać Panu Bogu, ale trochę chciał zatrzymać sobie. Spotkał się z naganą Apostołów. Dlatego autentyzm w oddaniu jest i dzisiaj wezwaniem - żebyśmy nie tylko słowem, czy deklaracją byli ludźmi powołania, ale żebyśmy całkowicie należeli do Chrystusa, przez Niego do Ojca, do Trójcy Przenajświętszej i do ludzi. Żebyśmy nie tylko mówili, że jesteśmy powołani, ale żebyśmy w pełni oddali siebie i rzeczywiście żyli w zjednoczeniu, w zaufaniu Bogu na zawsze - za życia i po śmierci, żebyśmy tego zjednoczenia byli świadkami w każdej okoliczności, żebyśmy je rozwijali nieustannie.

Trzeba pamiętać, że powołanie chrześcijańskie realizuje się zawsze w Kościele, we wspólnocie Kościoła. I odtąd całe nasze myślenie ma być myśleniem Kościoła, nie myśleniem ludzi tego świata. I tu tkwi wielkie wołanie, żebyśmy to czuli, co odczuwa Kościół; żebyśmy wewnętrznie boleli ilekroć widzimy, że ktoś nie jest wierny Kościołowi: odszedł przez kłamstwo małe czy wielkie, zdradził swój chrzest i nie ma się czym chwalić, a niestety obnosi się ze swoją rzekomą cnotą. Mijają dwa-trzy tygodnie i ten największy sędzia dzisiejszych upadków biskupich opuszcza zgromadzenie zakonne. Sam przeżywa kryzys i próbuje innych sądzić, a nie siebie. W tymczasem, zauważywszy grzech, trzeba zań pokutować, modlić się, przepraszać, a nie obłudnie go nagłaśniać. Myślę, że to jest dramat wszystkich ludzi, którzy nie całkowicie, nie do końca nawrócili się do Chrystusa i potem nie potrafią albo nie chcą zaufać Kościołowi i zaufać Chrystusowi żyjącemu w Kościele.

Powołanie nasze jest powołaniem Boga, ale skierowanym do ludzi, do służby w Kościele. Jesteśmy powołani i posłani, żeby głosić Ewangelię, żeby czynić to, co czynił Jezus. Przez naszą pracę, nasz trud, przez nasze poświęcenie dawać świadectwo, że wierzymy w Królestwo Boże i w nagrodę po śmierci. Musi się to odbywać w duchu wiary. Jeśli świadectwo miłości bliźniego nie będzie czerpane z wiary, będzie tylko filantropią; będzie zbieraniem kolejnych statystyk, ile to się udało zrobić dobrych rzeczy czy innych dzieł społecznych. One są potrzebne, są ważne, ale nasze czyny mają płynąć z wiary. Chrześcijanin, służący drugiemu człowiekowi, czuje się jego dłużnikiem. Jeśli po chrześcijańsku czynisz coś dobrego dziecku potrzebującemu, choremu, to on ci więcej daje, niż ty jemu przez swoją posługę, pracę, grosz. To jest chrześcijańskie spojrzenie. Trudne to, bo myślenie tego świata jest zupełnie inne... Ale to potrzebujący pomocy, chory, uwięziony jest dobrodziejem, bo w nim żyje Chrystus i ja czyniąc mu cokolwiek w duchu wiary, otrzymuję więcej niż daję, bo otrzymuję nadzieję na życie wieczne, bo wchodzę w intymną więź z Chrystusem, z Bogiem. To jest właśnie ten duch wiary w realizowaniu każdego powołania.

Sługa Boży Jan Paweł II mówił, że powołanie jest darem, ale i tajemnicą. Właśnie przez wiarę widzimy tę tajemnicę. Okoliczności powołania ujawniają niekiedy tajemnicę wyboru. Patrząc na siebie i każdy z nas, jeśli szczerze patrzy na siebie, powie: byle co wybrał Pan Bóg. Ten był lepszy, tamta była mądrzejsza, zdolniejsza. Nawet byli świętsi niejednokrotnie, ale Pan Bóg nas wybrał. Tajemnica powołania. W duchu wiary musimy wiedzieć, że widocznie taki był Boży zamiar. Trzeba dziękować, że pozwolił mi odpowiedzieć na ten zamiar, że chce mnie takiego, jakim byłem w tym miejscu, ale chce mnie lepszym, doskonalszym, bardziej zjednoczonym z Nim. I to jest cała droga: zaufał mi Bóg, że to powołanie, że ten dar rozwinę w nowych tajemnicach prawdziwie osobowego, realnego związku z Nim jako z najwyższym Przyjacielem. Bo inaczej wszystko, te trzy śluby nie będą ślubami niosącymi twórczą radość rozwoju, ale staną się niczym kamyk rzucony w tryb miłości, który będzie zgrzytał, a wreszcie wyrwie jeden po drugim napędowe zęby tego trybu i rozsadzi - mnie i tych, wśród których żyłem. Dlatego trzeba całkowicie zaufać i oddać się Bogu na wzór Maryi. Nie można powiedzieć, że Panu Bogu wystarczy dać część siebie, bo Pan Bóg też nam nie daje części, ale całego Siebie nam oddał. Powołanie ma całkowicie odwzajemnić oddanie siebie, realizując powołanie tam, gdzie jestem, w takich warunkach i okolicznościach, jakie są, a nie w takich, jakie chcielibyśmy mieć.

2. Trzy śluby

Ślub posłuszeństwa to zjednoczenie mojej woli z wolą Bożą na wzór Chrystusa, który aż do śmierci posłuszny był Ojcu w realizowaniu Jego woli. O to posłuszeństwo modlę się każdego dnia jako chrześcijanin: "Bądź wola Twoja". Wiem, że nie ma żadnej, najtrudniejszej nawet sytuacji poza Jego wolą.

Ślub ubóstwa to pragnienie, aby bardziej zaufać Bogu, wspólnocie, w której żyję niż własnym rachunkom, niż własnym planom.

Ślub czystości to dar pełnej miłości Boga i ludzi, dar wolności wewnętrznej i codzienna okazja do ofiary, do tego aby nasze ciało było ołtarzem ofiarnej miłości - ileż skandali, ile dramatów ludzkich, połamanych, zranionych serc idzie przez świat tylko dlatego, że zaczęliśmy szukać jakichś furtek, ulegać pysze i egoizmowi. Dramat każdego człowieka, także małżeństwa, jest bliski, jeśli nie zachowuje się chrześcijańskiej cnoty czystości. Dramat powołań zakonnych, kapłańskich. I wielka radość, wolność i wielkie poczucie miłości, że nie jest ona pusta, ale każdego dnia zdobywana i składana Panu Bogu na ofiarę przez czystsze spojrzenie, czystszą myśl, przez bardziej piękne odezwanie się słowem i przez czyn. Unikanie okazji, ale i chętne ofiarowywanie tych zwycięstw nad sobą każdego dnia aż do śmierci, aż do momentu ostatecznego zjednoczenia z Bogiem w niebie. Myślę, że dzisiaj jest bardzo piękny dzień, bardzo symboliczny, żeby powiedzieć o pięknie czystości kapłańskiej i zakonnej.

Zaprosili nas Księża Michalici na poświęcenie ołtarza. Na tym nowo konsekrowanym ołtarzu złożymy konsekrację naszej woli i uczuć, naszych pragnień i serc, całych siebie z ciałem i duszą jako wybrane dzieci Boże. Kiedyś raz to już uczyniliśmy, a dzisiaj na nowo złożymy tę deklarację miłości wobec Pana Boga przede wszystkim, ale i wobec obecnych w kościele braci i sióstr, także wobec radiosłuchaczy, którzy niech się dowiedzą, że o nich pamiętamy w modlitwie, że dla nich, dla naszego ludu składamy śluby, te nasze zobowiązania w duchu wiary. Niech mają udział w naszych zwycięstwach, w naszej pokorze i posłuszeństwie, w naszej czystości codziennej, w naszej modlitwie, w ubóstwie, w naszym znoszeniu trudności. To jest wielkie zaproszenie, żebyśmy poczuli się duchową rodziną umocnioną faktem zjednoczenia w wierze poprzez odnowienie dzisiaj w całej diecezji naszych zobowiązań, naszych ślubów, które niech stają się nieustannym znakiem wierności Chrystusowi i Jego Kościołowi.

3. Przykład bł. Bronisława Markiewicza w oddaniu Bogu

Przyszliśmy tu, by powiedzieć, że chcemy zrobić wszystko, żeby nasze śluby były tak mocne, tak twarde jak kamienny marmur tego ołtarza. To przecież na Chrystusie składamy nasze śluby, Jemu ufamy, a On jest skałą, która nie chwieje się nigdy. Jeśli na Nim zbudujemy dom naszego wewnętrznego życia, możemy spokojnie patrzeć na przeciwności czy zawirowania dzisiejszego świata, możemy spokojnie patrzeć w wieczność.

Przychodzimy tu, do miejsca w Polsce szczególnego. Wśród polskich świętych jest niewielu założycieli życia zakonnego. Ks. Bronisław Markiewicz jest jednym z tych wybitnych założycieli i twórców duchowości. Wyrósł na glebie prostej, polskiej rodziny, ale rodziny wierzącej. Wstąpił do seminarium w Przemyślu. Żył w epoce ludzi świętych. Urodził się w tym samym roku co święty biskup Józef Sebastian Pelczar. W tym samym seminarium przygotowywał się do kapłaństwa, obydwaj mieli tych samych wychowawców. Ciekawa rzecz, że dzisiaj nie jawią się nazwiska ich rektorów, ojców duchownych czy wychowawców, którzy tak pięknie wypełnili swoje powołanie. Owocem dojrzałym ich trudów są uczniowie - jak te piękne kwiaty zakwitłe na Bożej łące. Wychowankowie są świadkami, że było to seminarium, dla którego świętość była bardzo ważna. Dla seminariów zawsze, także dzisiaj powinien to być absolutny priorytet! Przygotowanie techniczne, kulturalne, społeczne, metodologiczne, katechetyczne i wszelkie inne jest bardzo ważne, ale przede wszystkim świętość, zjednoczenie z Bogiem. To jest mocny ideał, który zapala, który pozwala być twórczo niespokojnym, aż w Bogu spocznie nasze serce.

Droga kapłańska ks. Bronisława była drogą pełnej gorliwości. Jest wiele pięknych świadectw: i z wikariatu w Harcie, i z probostwa w Gaci i Błażowej, z okresu profesury w seminarium, kiedy to czerpał ze szkoły duchowości ignacjańskiej, a także poprzez konferencje ascetyczne i kierownictwo duchowe zbliżył się jeszcze bardziej do karmelitanek, benedyktynek i innych zakonów żeńskich. Pozostały notatki z jego rekolekcji prowadzonych dla sióstr benedyktynek, które pokazują, że był to człowiek intelektualnego głodu; teolog, który nie tylko słyszał, wiedział, ale przeżywał, przyjmował za swoje wskazania ascetyki dawnej, tradycyjnej, ale i nowoczesnej. Dzisiejsi teologowie mówią, że był mistykiem. To są ciekawe obserwacje: że to był człowiek, który rzeczywistość nadprzyrodzoną bardzo intensywnie przeżywał, miał "zachwyty" Boga, miał widzenia anioła. Ba, nawet kiedyś zapisał, że po którymś z tych zachwyceń Bożą wolą był podejrzewany - i przyjął to z pokorą - że jest epileptykiem. Dzisiaj teologowie mówią wyraźnie: to były właśnie momenty szczególnego zjednoczenia z Bogiem. Znakiem, że były one wyrazem zdrowia duchowego i mocy duchowej tego giganta, który w nim drzemał, który się powoli budził było to, że on do przeżyć wewnętrznych dokładał dzieła zewnętrzne, że nie przestał być wrażliwy na drugiego człowieka. I to z tej wrażliwości, szukając Boga, próbował zasmakować w różnych duchowościach: ignacjańskiej w Starej Wsi, i w innych duchowościach, św. Benedykta i św. Teresy Wielkiej. Na wieść o wielkim działaczu i świętym kapłanie ks. Janie Bosko, pojechał do Turynu. Był tam siedem lat i wrócił do Polski, bo się źle czuł, zachorował. Lekarze uważali, że powinien wrócić do rodzinnych stron, żeby mógł potem jakoś wyjść na prostą. Ale ks. Markiewicz mówił, że odzyskał zdrowie nie dlatego, że wrócił w rodzinne strony. Odzyskał zdrowie, bo pewna karmelitanka ofiarowała za niego swoje życie. Była to młoda siostra, którym głosił rekolekcje w Przemyślu, umarła po miesiącu. Ks. Markiewicz uważał, że to jest znak, który jemu mówi więcej niż wszystko inne.

4. Służba Bogu i ludziom jest nierozłączna w życiu bł. Bronisława

Całkowicie oddał się ludziom. Tu, w Miejscu Piastowym jako proboszcz ubogiej plebanii i skromnych możliwości otworzył swoje wielkie serce na pilne wyzwania czasu, jakim była pomoc biednym dzieciom: sierotom, opuszczonym, zaniedbanym. Tu właśnie postanowił zrealizować swe gorące pragnienie i rozpalić ten wielki ogień serca, które płonęło życzliwością dla drugiego człowieka. I kiedy przyszły trudności, które były znakiem woli Bożej - a pochodziły od świętego biskupa, który domagał się w rozpoczętej działalności prawnej poprawności, i z tej racji polecono mu, by realizował dzieła, ale nie nazywał ich zakonami, skoro nie ma jeszcze oficjalnej zgody Kościoła, Stolicy Apostolskiej - z bólem, ale przyjął to polecenie i wypełnił je. Zanotował w swoim dzienniku, że całą noc się modlił, a rano kazał zdjąć sutanny klerykom i habity siostrom, bo na razie taka jest wola Boża. Tu tkwi heroizm jego cnót. I zapisał w dzienniku bardzo ciekawe słowa: "Prawdziwa miłość do biednych jest większym dowodem boskości Kościoła niż cuda, i więcej pociąga do niego ludzi niż dar przepowiadania rzeczy przyszłych". On, który miał ten dar, przepowiadał Polsce i światu różne wydarzenia, stwierdził że większym znakiem boskości Kościoła jest miłość do biednych, grzeszników, potrzebujących miłosierdzia Bożego, potrzebujących kromki chleba, niż cuda, niezwykłe znaki, niż przepowiadanie różnych spraw. To przecież człowiek, który był bardzo wielkim realistą. Widział chęć wzbogacenia się jednych i rozkład moralny innych poprzez rozpijanie naszej galicyjskiej wsi i polskich miast. Nie był obojętny. Miał wiele mądrych, ale niekiedy i radykalnych, duszpasterskich posunięć. Jako proboszcz w Gaci brał pieniężny zadatek przed ślubem, a następnie zwracał tę kwotę owym biednym ludziom po warunkiem wszakże, że na weselu nie było zbyt wiele alkoholu i się nie pobili. A jeśli mieli pieniądze na wódkę, on oddawał tę sumę biednym. Kronikarz zapisał, że była tam pewna biedna żebraczka, która nie proszona pilnowała tych zobowiązań i przybiegała niekiedy, z radością wołając: "Proszę proboszcza, pobili się na weselu! Będą pieniądze dla biednych...". Ale to jest właśnie znak, że ks. Bronisław, będąc człowiekiem wielkiej wrażliwości, posługiwał się wielką pomysłowością w gorliwości, swoim rozumem szukał metod, żeby ludzi do dobra zachęcić, żeby pokazać wartość życia w cnocie, w trzeźwości, ale też w życzliwości do drugiego człowieka.

Jest jeszcze jeden piękny znak, cecha osobowości naszego Błogosławionego: miał dar szczególnej wymowy, dlatego pociągał za sobą, gromadził ludzi, których zapalał do poświęceń, bo nie mówił słów pustych. Przemodlone były jego kazania, napisał zresztą podręcznik "O wymowie kaznodziejskiej". Wiedział, że każde słowo, jeśli chce być skuteczne, musi być autentyczne i przemodlone, ma być mówione w sumieniu - do ludzi, ale mocą Boga zdoła przemieniać serca. W Błażowej, po jednym z kazań świątecznych, sześciuset ludzi zapisało się do Bractwa Trzeźwości. Był więc ks. Markiewicz duchowym gigantem, który płonął Bożym ogniem gorliwości i próbował zapalić nim innych.

Dzisiaj właśnie takich gigantów życia duchowego potrzebuje Kościół: ludzi świadomych, że nasza siła, nasza moc nie płynie z nas, tylko z Boga. I nie inaczej jak w duchu wiary mamy do naszych zobowiązań podchodzić. I w duchu wiary, z całym oddaniem, w pełnym zjednoczeniu z Bogiem myśleć o zrealizowaniu naszego powołania dla dobra ludzi, ale i dla wzrostu duchowego Kościoła, w którym naszą nadzieją jest nasz Pan i Zbawiciel, ofiarowany dzisiaj w świątyni Jezus Chrystus. Amen.

Tekst wyedytowany: 2007-02-20 07:20:03

Inne serwisy michalickie:

[ Siostry Michalitki ] * [ Wydawnictwo Michalineum ] [ Niższe Seminarium ]