Przeznaczenie czyli Michalicki Rajd Rowerowy - maj 2018

facebook twitter

Nie wiem czemu, ale gdy dowiedziałam się o rajdzie w Bieszczadach, czułam, że muszę pojechać. Nie wiedziałam z kim, gdzie dokładnie, ile przejedziemy kilometrów. Coś mi mówiło, że to będzie „zmierzenie się z przeznaczeniem”.

Przeznaczenie zaczęło się pierwszego maja pod moją szkołą z księżmi Pawłem i Wojtkiem. Jechaliśmy Wehikułem Tajemnic (dla niewtajemniczonych to samochód ze Scooby Doo) do Młochowa. Tam dołączyło do nas dużo ludzi. Jak ich zobaczyłam, to pomyślałam „w co ja się wpakowałam?” – bo oni się znali, a ja czułam się obca. Poprzednie doświadczenia pokazały, że nie jestem najlepsza w zawieraniu znajomości, ale postanowiłam zostawić to Duchowi Świętemu.   

Każdy następny dzień rozpoczynał się od mszy świętej – to było jedno z moich ulubionych wydarzeń. Potem śniadanie – kolejne ulubione. W końcu trzeba było wsiąść na rower. Drugi odcinek urozmaicała największa, najtrudniejsza i najgorsza góra z jaką się w życiu zmierzyłam. To jej zawdzięczam decyzję o rezygnacji z rajdu. Całe szczęście, że wybili mi to z głowy. Po tym odcinku padłam trupem. Najgorsze było to, jak kazali jeść i jeść, a mi już śliny brakowało. Był taki jeden, co ciągle mnie karmił, a jemu nie dało się odmówić. Wieczorem, byłam zmęczona jak nigdy wcześniej, ale i bardzo z siebie dumna.

Następnego dnia myślałam, że nie wsiądę na mojego rumaka. Już na starcie wszystko mnie bolało. Na szczęście przyzwyczaiłam się już do jedzenia i jedzenia. Często dzieliliśmy się na dwie grupy: pierwszą i turystyczną… Często też się gubiliśmy, przez co musieliśmy sporo nadrabiać. Najgorsze było uczucie, kiedy zdobyłam wielką górę, a okazało się, że trzeba zawracać. Wjeżdżaliśmy na solińską zaporę, to było dopiero wyzwanie. Ale warto, jestem pewna. Tego dnia doświadczyłam skutków jednego prysznica na dwadzieścia osób, w którym ciepła woda to edycja limitowana. Ogrzałam się za to przy ognisku. Był pomysł, żeby czuwać całą noc, ale sen zwyciężył, chociaż muszę przyznać, że byłam jednym z najwytrwalszych zawodników. 

Kolejnego dnia organizatorzy uparli się, że na śniadanie będą płatki z mlekiem. Jak na złość mieliśmy wszystkie naczynia z wyjątkiem misek i wszystkie sztućce oprócz łyżek. Na nasze szczęście zjawili się studenci, którzy wyczarowali miski z butelek po wodzie, tak że mieliśmy zastawę pierwsza klasa. Wehikuł Tajemnic miał już dosyć i postanowił przestać działać. Postoje często wypadały nam koło cmentarzy, zaczęliśmy się nad tym zastanawiać… Ostatni odcinek trasy przemierzałam w samotności, więc żeby tradycji stało się zadość, zgubiłam się troszeczkę. Kiedy już dotarłam, usłyszałam „dobrze, że dojechałaś” i serce od razu mi urosło. 

Przez to, że Wehikuł Tajemnic się popsuł, wracaliśmy innym busem, który w gruncie rzeczy był taki sam, ale miał taki atut, że posiadał płyty. Za to nie miał haka, co trochę komplikowało sprawę. Piotr zahaczył przyczepkę z rowerami do swojego auta, ale u niego nie działały światła przyczepy. Trochę to się wszystko pokomplikowało, ale na szczęście dotarliśmy jakoś do domów. W drodze powrotnej słuchaliśmy wcześniej wspomnianych płyt, przez co czułam się jak w filmie. A góry za oknem potęgowały to wrażenie. Jeśli chodzi o zawieranie znajomości… Duch Święty okazał się niezastąpiony. Nie mogę się doczekać przyszłorocznej majówki.

Antonina Domańska

 

Podobne artykuły