07

STYCZEŃ

Ojciec pilnie poszukiwany

facebook twitter

Ojcostwo to dziś trudny temat. Coraz częściej pojawiają się pytania, jak być dobry ojcem. Jak spojrzeć na ojcostwo od strony wiary, zwłaszcza na ojcostwo duchowe? Tematykę tę podejmujemy w rozmowie z o. Leonem Knabitem OSB, zakonnikiem, benedyktynem tynieckim, publicystą.

Redakcja: Jak należy pojmować ojcostwo duchowe, które każdy kapłan, zakonnik powinien rozwijać? Jak je dobrze i mądrze realizować?

Najpierw trzeba pamiętać, że człowiek został stworzony po to, żeby się rozmnażał, to jest podstawa, rzecz zasadnicza. Dlatego też często osoby, które jedynie ocierają się o religię, chcą „naprawiać” ludzi wierzących. Mówią, żeby nie przestrzegać przykazania Bożego, że celibat jest wbrew naturze, a ci, którzy go zachowują są bezpłodni, bezużyteczni i to nie ma sensu. Wiemy i widzimy, że są ataki na celibat. Już w czasie Soboru Watykańskiego II podobne miały miejsce. Pytano, czy życie zakonne w ogóle ma sens. Na szczęście Duch Święty zwyciężył i w efekcie stan zakonny został przez Sobór pochwalony. Już Autor Natchniony pisze: „Niech nikt nie bierze sobie urzędu kapłańskiego, ale tylko ten, kto jest powołany jak Aaron”. Pana Boga nie można poprawiać w bogactwie Jego myśli, bo zgodnie z Jego wolą każdy stworzony ma swój „program” życia. Ktoś jest zaprogramowany właśnie, żeby być ojcem, ale część ludzi ma z ojcostwa naturalnego zrezygnować. Pan Bóg mówi takiemu człowiekowi, że da mu w zamian coś innego, ojcostwo innego rodzaju. Ojcostwo, gdyby trochę porównać go do macierzyństwa, oznacza: pokochać kogoś, zanim ten ktoś zaczął istnieć. To się sprawdza doskonale w ojcostwie Boga. Pan Bóg jako Ojciec. Ciekawe, że niektóre feministki chcą, żeby o Bogu mówić „ona”. Tymczasem to nie jest wymysł duchownych, to nie mężczyźni się przy tym uparli, ale w Objawieniu jest napisane, że mamy mówić „Ojcze nasz”, a nie „Matko nasza”. Nawet nie „Boże nasz”, tylko właśnie „Ojcze”. W tym momencie stajemy przed wielką tajemnicą wiary i nie dziwię się, że niektórzy ludzie nie chcą w to uwierzyć, ale to jest temat na inną rozmowę.

Wracając do głównego wątku, jeśli Pan Bóg powołał człowieka do celibatu i do innego rodzaju ojcostwa, to znaczy, że robi pewnego rodzaju wyłom, tak jak są wyjątki w różnego rodzaju regułach. Tak samo jak np. w wyrazie pszczoła po spółgłosce „p” znajdziemy „sz”, a nie „rz”. Pan Bóg mówi do powołanego, że został on specjalnie wybrany. Dlatego też dla zrozumienia sensu kapłaństwa, dla nas, którzy już jesteśmy na tej drodze przez długie lata, i dla tych, którzy teraz na tę drogę wchodzą, najważniejsze i zasadnicze pytanie powinno brzmieć: „Czy Pan Bóg mnie chce?”. A może to jest tylko moje widzimisię. Pamiętam, że przed wstąpieniem do zakonu, gdy służyłem do mszy świętej w katedrze, zadałem takie pytanie znajomemu klerykowi. On popatrzył na mnie i powiedział: „Oczywiście, że tak, ale to ty Mu się wymykasz”. I już od tego momentu nie miałem żadnych wątpliwości, czułem, że głos Boży zadziałał właśnie przez niego. To było 3 marca 1947 r., między godz. 16.00 a 16.15. Byłem wtedy rok przed maturą i zadawałem sobie właśnie takie pytania. Oczywiście dziewczyny lubiłem – i to wszystkie, ale o ojcostwie myślałem wtedy niewiele (śmiech).

Niełatwe czasy…

Widać, jakie kryzysy pojawiają się teraz u kapłanów, skoro już nawet mówi się o przeszkodzie z powodów psychofizycznych; mianowicie, że człowiek odznacza się niedojrzałością do spełniania zadań, których się podjął, i to może być powód do stwierdzenia nieważności kapłaństwa lub małżeństwa. To ciekawe, że osłabienie zaangażowania człowieka owocuje na całe życie i w małżeństwie, i w kapłaństwie. Młodzi chłopcy bardzo często nie zawierają związków małżeńskich, bo boją się być ojcami. M.in. stąd też przypadki przerwania ciąży, życie w nieuregulowany sposób, antykoncepcja, itd. Często o flirtach mówią już nawet przedszkolaki, ale do podjęcia obowiązków ojca i męża nie są chętni nawet dorośli. „Ona mnie kocha, ja ją kocham, więc sobie żyjemy tak razem i uprawiamy seks po prostu”. Wszystko jest, a myśl o dziecku pojawia się gdzieś na szarym końcu. A z drugiej strony homoseksualiści wojują o prawa do adopcji... To jest bardzo ciekawe. Dwóch ojców i co? To jest aberracja. Po grzechu pierworodnym człowiek poznał dobro i zło, ale również chce określać, co jest dobre, a co złe. Hebrajskie określenie jest dużo głębsze, nie ogranicza się tylko do samego rozeznania między dobrem a złem.

Pan Jezus mówi, żeby nikogo nie nazywać ojcem, bo to jest wyniesienie kogoś na wyższy poziom. Ojciec naturalny nim po prostu jest, nie trzeba mu tej rangi nadawać. Jednak w chrześcijaństwie pojawia się pewien typ ojcostwa. Ojciec występuje w charakterze „mistrza”, wokół którego gromadzili się uczniowie. Można to prześledzić w pismach z pierwszych wieków: do mistrzów zwracano się „abba”, czyli „ojcze”. W klasztorze również nazywamy siebie ojcami – ojciec Antoni, ojciec Leon. Św. Paweł mówi, że „nawet gdybyście mieli dziesięć tysięcy wychowawców w Chrystusie, to niewielu macie ojców, bo w Chrystusie przez Ewangelię jam się stał ojcem waszym”. To są natchnione słowa. I w tym sensie one coś potwierdzają. To ja rodzę ludzi do wiary, rodzę dobro w duszach ludzkich. Niestety niekiedy zdarzy się takie dziwadło jak ksiądz, do którego rodzone dzieci mówią „wujku”, a cudze „ojcze”.

Bóg. To od Niego wszystko bierze swój początek, zarówno ojcostwo naturalne, jak i ojcostwo duchowe. I dobrze, jeśli właśnie taka świadomość będzie się w nas kształtowała. W zakonie, gdy nie jest się kapłanem, mówimy o braterstwie. Taki zakonnik bratersko będzie podchodził do chłopaka czy dziewczyny w każdym wieku. Jeśli punkt widzenia zmienia się na seksualny – wtedy mówimy o kazirodztwie duchowym. By jednak do tego nie dochodziło, potrzebne jest działanie wspólnoty, która ma wspierać zakonnika na jego drodze. Niestety są także i takie wspólnoty, które pełnią odwrotną rolę. Wtedy dochodzi do sytuacji, jak w tym żarcie, gdy stary zakonnik mówił do chłopaka, który dopiero wstępował do zakonu: „Nie bój się, z ubóstwem sobie poradzisz, z czystością też, z posłuszeństwem dasz sobie radę, ale wspólnota… to już twardy orzech do zgryzienia!”. Człowiek często ma kryzysy, jest nieuformowany, słaby, również grzeszny, ale mimo to właśnie zakon jest odpowiednim miejscem do realizowania ojcostwa. Mam tę świadomość, że wszyscy ludzie, nawet starsi, są moimi dziećmi, aczkolwiek św. Paweł  w Pierwszym Liście do Tymoteusza pisze, że starszych należy traktować jak ojców, czyli moje ojcostwo nie jest absolutne. W dziedzinie czysto duchowej powinienem każdego traktować jako dziecko, ale w relacjach osobowych starszego należy napominać jak ojca. Wielu młodszych spowiada się u mnie. Przychodzą po porady duchowe, otaczają zaufaniem. Zupełnie obcy ludzie. Pamiętam, przyszła raz do mnie kobieta w wieku późno średnim – krzyżyk jej zrobiłem na czole i przytuliłem, a ona mówi: „Proszę ojca, przez 17 lat nikt mnie nie przytulił”. Myślę sobie, albo jeż albo osa... Nikt nie miał chęci ani odwagi jej przytulić. A jeśli to nie jej wina, tylko otoczenia? W jak trudnej była sytuacji, że przez 17 lat nie zaznała czułego gestu?

Powiedział Ojciec o kryzysie ojcostwa…

Tak, młodzi często po prostu boją się być ojcami.

Czy w takim razie mężczyźni, którzy wstępują do seminarium, boją się również być ojcami duchownymi?

Powiedziałbym złośliwie, że często nie boją się być ojcami fizycznymi. Nie do końca wiedzą bowiem, co to znaczy być ojcem nadprzyrodzonym. Załamania w kapłaństwie wynikają również stąd, że zbyt mało mówi się klerykom o byciu ojcem duchowym. „Niech mądrości twojej nikt nie lekceważy” – tu chodzi o młodość i pełnienie obowiązków już ojcowskich, bo ty rodzisz dobro w duszach ludzkich. I chodzi o to, aby już w seminarium sobie to uświadomić. Pewien biskup powiedział, że jeżeli ksiądz będzie dla parafian ojcem, to jego relacja do nich będzie zupełnie inna, bo ojciec nie zedrze z dziecka ostatniej koszuli, jeśli nie będzie miało pieniędzy, by zapłacić. Prymas Wyszyński dobrze to rozumiał i dlatego bardzo często mówił do ludzi: „Kochane moje dzieci”, „Dzieci kochane”.

Co zatem jest powodem tego, że boimy się ojcostwa duchowego?

Tutaj wszystko opiera się na wierze. Jeśli wiara jest naprawdę pielęgnowana przez modlitwę, pamięć o Bożej obecności, o tym, że Bóg jest ze mną; jeśli mam tę świadomość, to mogę siedzieć z dziewczyną w bikini, patrzę, widzę, ale nic złego mi do głowy nie przyjdzie, nie ma mowy, skoro Bóg to widzi. Gdy pomagam atrakcyjnej wdowie, która ma trójkę dzieci, szkoda mi jej, chcę pomóc, a się w niej zakocham? To się zdarza. Ale wszędzie chodzi o wiarę, o jej dożywianie. Bo w czasie chrztu świętego dostajemy ziarenka wiary, nadziei i miłości, które potem stają się podstawą cnót teologalnych. Jeśli wiara jest mocna, to nie ma mowy o grzechu, zwłaszcza ciężkim. Rok Wiary był bardzo potrzebny, żeby przypomnieć sobie, że to właśnie wiara jest tarczą ochronną, bo Bóg jest wszędzie. Jeśli wiem, że jest przy mnie, że jest mocniejszy i że mnie kocha, to nie zrobię niczego przeciwko Niemu. Wiara więc jest podstawą poprawnego rozumienia ojcostwa. To odnosi się zarówno do małżeństwa, jak i do kapłaństwa.
 

A może – skoro istnieje kryzys ojcostwa, to jest ono jakoś niedocenione w Kościele? Może czasami kładziemy nacisk na to, żeby ksiądz był dobrym organizatorem życia w parafii, a aspekt ojcostwa gdzieś znika bądź schodzi na plan dalszy...

Wydaje mi się, że nie można tego uogólniać i trzeba zwrócić uwagę na kilka aspektów. Papież Benedykt XVI w pierwszym przemówieniu w Warszawie mówił, że od księdza żąda się przede wszystkim tego, aby był księdzem. Nie musi znać się na budowie, gotowaniu i innych tego typu sprawach. To niech załatwiają zaufani świeccy. Natomiast na sprawach kapłańskich, kierowaniu duszami i prowadzeniu ich do Boga, czyli rodzeniu do dobra – musi się znać. Dlatego kiedyś w Siedlcach bp Kiernikowski zorganizował sympozjum józefologiczne pod hasłem „Ojciec pilnie poszukiwany”. Było ono skierowane najbardziej do ojców naturalnych, czyli tych z krwi, ale także do kapłanów, żeby tę prawdę w sobie pogłębili.

Jak ustosunkować się do wzrastającej wrażliwości społecznej na temat pedofilii? Czasami dochodzi wręcz do histerii np. ze strony mediów.

Taka sytuacja może się zdarzyć. Każdy najmniejszy gest względem drugiego może być podstawą do oskarżenia o wykorzystywanie seksualne. Tutaj ważny jest kontekst. Swego czasu jeden biskup mówił o relacjach kapłana z kobietami. Ja nie widzę żadnego ryzyka, jestem mocny i dojrzały, nic mi nie grozi. - No, ale jej może zaszkodzić. - Ona jest święta i w ogóle, jej też nie zaszkodzi. - No to zaszkodzi tym, którzy patrzą.

 Zresztą on może być umartwiony na popiół, a ona czysta jak łza, ale jak łza spadnie na popiół to robi się błoto. Tutaj znów wyraźnie widać to, o czym powiedziałem. Z jednej strony wszystko wolno, a z drugiej każde dotknięcie i słowo może być od razu piętnowane. Papież Franciszek powiedział o ojcu, że może dać klapsa, ale nigdy nie uderzy w twarz, bo on szanuje godność dziecka. W XX wieku była debata na temat tego, że w Anglii bije się dzieci (jak to jest w ogóle możliwe)! Polacy mówili wówczas, że godność nie pozwoliłaby im na takie zachowanie. Wtedy Anglik odpowiedział, że my mamy godność w innym miejscu. Mnie nawet w szkole nie zdarzyło się nigdy w ten sposób ukarać ucznia. Pamiętam raz, gdy na katechezie dwóch takich grało w bitwę morską w kącie, wtedy rzuciłem w nich kredą. Stuknęła w stolik tuż przed nimi. Krzyknąłem, że następnym razem będzie „w łeb”. Wtedy klasa zaczęła się śmiać i miała z tego niezłe widowisko. Rzeczywiście, bardzo wiele zależy od kontekstu. Gdy widzę płaczące dziecko, a jego mamy przy nim nie ma, to jeśli nic nie zrobię, będzie cały czas płakało w kącie, a jeśli podejdę, przytulę i pogłaszczę, to już po pięciu minutach wszystko będzie dobrze. Chcąc ukarać pewne nadużycia w kwestii rodzicielstwa, stworzono ustawy, które potem się mszczą i stanowią pretekst do niszczenia życia rodzinnego. Rodzic ma pełne prawo do wyrażania swojej więzi uczuciowej, również w sposób cielesny, przez swoje zachowania. Mądry rodzic wie, w jaki sposób nawet dać klapsa. Zły zostawi po tej karze siniaki. Wanda Półtawska powiedziała, że to rozum jest najważniejszym organem seksualnym człowieka. Jeśli on działa, tak jak potrzeba, to wszystkie inne instrumenty też będą działać, jak potrzeba.

W Zielonej Górze w duszpasterstwie akademickim był duszpasterz, o którym studentki mówiły, że jest dla nich „jak ojciec”. Człowiek, który miał 35 lat, fizycznie był do nich bardzo podobny, ale zachowywał się jak prawdziwy ojciec duchowy. Szczególnie kobieta tęskni za ojcem, bo tak ważna jest rola ojca w wychowaniu. Żadne: „Ty się zajmuj dziećmi, a ja będę pracował” nie jest na miejscu. Ojciec to ten, który ma swój niezbywalny udział w wychowaniu.

Namiętność to sfera właściwa człowiekowi każdej epoki. Jakie spojrzenie ma na nią człowiek z perspektywy 60 lat życia zakonnego?

Ojcowie pustyni doświadczali strasznych pokus. My obracamy się w świecie, w którym jest mnóstwo kobiet. Gdzie nie spojrzę, tam jest ich wiele i to „niedoubranych”, prawda? Trzeba się pilnować, bo diabeł nie śpi. Czasem też coś się obudzi i to nawet w umierającym ciele. A tutaj przede wszystkim trzeba pilnować zmysłów, np. pornografia ma różnorakie skutki. Bardzo dużo chłopców i dorosłych mężczyzn ma problem z pornografią – przez takie podglądanie „przez dziurkę od klucza”, co ktoś tam robi, uczy się na obrazkach dwuwymiarowych, stałych czy ruchomych, zaspokajania przez nieuczestniczenie. Hormony działają. Oczywiście cały organizm dąży do realnego zaspokajania potrzeb seksualnych.  Rozbudzone namiętności rodzą pragnienie, żeby czynić to, co się oglądało. Ale jak taki „opatrzony” człowiek znajdzie się w realu, to albo często naśladuje to, co oglądał, dbając tylko o własne zaspokojenie, nie licząc się z drugim człowiekiem, albo zaczyna się bać, że w trójwymiarowym świecie nie podoła zadaniom, które przed nim stają. Paraliżuje go strach. I potem niejedna kobieta „w wielkiej jest udręce, bo gdy rozkłada nogi, on rozkłada ręce”. A kobieta jest rzeczywistością i wielorakim zadaniem dla mężczyzny. Ktoś powie, że pornografia niczego nie niszczy. Właśnie, że niszczy i to ogromnie! Niszczy człowieka. Może też pojawić się homoseksualizm. Nie poradził sobie, więc idzie do chłopaka, bo to wtedy będzie kumpel; pogłaszczą się i nie ma żadnych problemów. To się jedno z drugim zazębia. Lekiem na to wszystko są stare zasady ascetyczne: post, modlitwa i postanowienia. Ja sobie zrobiłem takie postanowienie, gdy byłem na trzecim roku studiów, że będę odprawiał drogę krzyżową i przy dziesiątej stacji będę zwracał się do Pana Boga: „Jeśli mam popełnić ciężki grzech, to mnie przedtem zabij”. Mówiłem sobie, że tych drzwi nie otworzę. I to często ponawiam.

Jak nie popaść na tym punkcie w jakieś skrajności, fiksację?

Fiksacja, że nie będę grzeszył seksualnie, to jest dobra fiksacja. Mogę kogoś przytulić, ale jeśli wiem, że to będzie dobrze zrozumiane. Trzeba być jednak bardzo ostrożnym, bo szatan też pilnuje, żeby taki gest miał podtekst, żeby stał się konkretnym punktem, w którym ja sprzeniewierzam się Bogu i to wyraźnie. Trzeba niekiedy uważać po prostu, żeby się nie zakochać. Sam pamiętam, że kiedyś się zakochałem. To było w 1954 r. Ta dziewczyna jeszcze żyje, ale do dzisiaj o tym nie wie. Po prostu. Jeśli masz jakieś uczucia, to lepiej będzie, jeśli nie powiesz o nich tej drugiej osobie. Wtedy byłem już kilka lat po święceniach, ale nic z tego więcej nie było. Jeszcze szczerze pomogłem jej wyjść za mąż. Wystarczyło, że powiedziałem o tym Panu Bogu: „Panie Boże, Ty wiesz”. Wtedy można przypomnieć sobie o postawie ojca. Przecież to jest moja córka! Każdy kontakt z drugim człowiekiem, czy to z mężczyzną, czy z kobietą, to jest osobna historia, osobny program, który daje nam Pan Bóg. Tak też lekarze mają wielkie kłopoty ze swoimi pacjentami, bo oni nie chcą chorować według podręczników. Każda choroba jest opisana w dziesiątkach, setkach tomów, a ten konkretny człowiek choruje jeszcze inaczej. Może i są pewne cechy wspólne, ale każdy przypadek jest inny.

Reasumując – będąc zakonnikiem i księdzem należy być ojcem i dzięki temu można być szczęśliwym. Co zatem to szczęście oznacza?

To, że ja realizuję się jako ojciec. Często przyjeżdżają do mnie księża, którzy owszem, mają rozdarte serca, bo nie zostaną ojcami, ale wiedzą, że setki dzieci uważają ich za swoich ojców. I to daje im poczucie, że przeżywają swoje życie tak jak należy, według planu, programu, który Bóg dla nich wybrał. To jest tak, jak klasówka zdana na piątkę. Kiedy król odchodzi z tronu bezpotomnie, to jest hańba. Kiedy kapłan i proboszcz odchodzi z parafii bezpotomnie, to jest chwała. A chwała to jest szczęście. Jeśli nie chce się żyć w ciągłym stresie, to należy powściągać swoje namiętności, pożądliwości ciała, chęć panowania, seksu czy pieniędzy. Inaczej w życiu pojawia się stres. A szczęście polega na tym, żeby bardzo dobrze wykonywać te zadania, które zostały nam powierzone. Ktoś powiedział, że na końcu, na sądzie ostatecznym, najpierw sadza się człowieka we wspaniałym kinie i wyświetla mu się film o tym, jak został on pomyślany przez Pana Boga. Gdy kończy się film, wtedy puszczany jest drugi film, ale tym razem o tym, co ten człowiek zrobił z Bożym scenariuszem, czy i jak go wykonał. Trzeba być jednak optymistą, bo póki żyjemy w każdej chwili możemy się poprawić. To tak jak z kierowcą samochodu, w każdej chwili może wrócić na właściwą drogę. I wtedy nie liczą się zaszłości, pijaństwo, nieślubne dziecko, alkoholizm, itd. Bo w tym momencie możesz przestać grzeszyć. Chodzi o to, żeby sinusoida naszych upadków i wzlotów ciągle się wznosiła. Żeby upadki były na osi coraz wyżej, a więc płytsze, a wzloty, żeby były też coraz wyższe. Tak wznosimy się do Pana Boga. Mając tę świadomość, nie muszę bać się swoich słabości. Poza tym, trzeba znać swoje miejsce w życiu. Ja jestem ojcem duchownym. Mogę być ojcem duchowym pięknej dziewczyny, która jest nawet we mnie zakochana. Mając tę świadomość, gdy widzę, że nie poradzę sobie z tym uczuciem, powinienem pójść do przełożonych i powiedzieć, sytuacja wygląda tak i tak, pokornie proszę o przeniesienie, bo wiem, że grozi tu realne niebezpieczeństwo.

Zakończę następująco: pielęgnowana wiara, wraz z modlitwą i umartwieniem, daje gwarancję dobrego ojcostwa i wytrwania, a także gwarancję powstawania, gdy człowiek gdzieś w życiu się zachwieje. Pan Jezus nie powiedział nam, że nigdy nie upadniemy, ale mówił, że zawsze nam pomoże, abyśmy mogli powstać. „Nigdy nie zostawię Cię bez pomocy!”.

Serdecznie dziękujemy za rozmowę i życzymy Bożego błogosławieństwa na dalsze lata duchowego ojcostwa!  

Podobne artykuły