24

LUTY

Niespodziewany SMS, czyli jak męczennicy popsuli mi początek weekendu

facebook twitter

Piątek wieczór, godzina 20.30. W końcu wolne! Komórka służbowa wyłączona, laptop zamknięty - nie ma mnie dla nikogo! Jadę na trening, odreagować miniony tydzień. Dzieci smacznie śpią w domu. Po ćwiczeniach, zdążę jeszcze wrócić i obejrzeć z żoną jakiś ciekawy film na kanapie, najlepiej komedię. Nareszcie weekend! Sielanka… Naglę słyszę dźwięk SMS-a. Wyciągam telefon, czytam. „I po co ja otwierałem tę wiadomość…” – pomyślałem w pierwszej chwili.

SMS od mojego znajomego księdza. W treści prośba: „Proszę o modlitwę za 22 chrześcijańskich misjonarzy, którzy zostali skazani na śmierć na jutro po południu przez islamistycznych Afgańczyków”. Zmroziło mnie. Piątkowa sielanka rozpadła się momentalnie. Potłukła na drobne kawałeczki. Trudno cieszyć się z weekendu, mając świadomość, że niewinni ludzie zostaną jutro brutalnie pozbawieni życia, prawda?

Apel na szczęście okazał się nieaktualny. Jedna z osób, do których rozemocjonowany zdążyłem go przesłać, uświadomiła mi, że wiadomość pochodzi z 2007 r. (Nawiasem mówiąc, nie rozumiem dlaczego od tamtego czasu wciąż krąży po sieci.) Niemniej jednak fakt ten był zupełnie nieistotny dla skutków tej historii. Pomyślałem bowiem, że nawet jeśli ta konkretna prośba jest przedawniona, zapewne gdzieś na świecie, nawet jutro (!), inni wyznawcy Chrystusa stracą życie za wiarę. Za naszą wiarę.

Statystyki mówią same za siebie. Według organizacji Open Doors monitorującej prześladowania chrześcijan ponad 200 milionów naszych sióstr i braci w wierze, codziennie znosi prześladowania[1]. To znaczy, że permanentnie łamane są ich prawa; zabiera im się domy i pracę, zabrania jakichkolwiek praktyk religijnych, często są pozbawiani wolności, a nawet życia. Tylko dlatego, że wierzą w Jezusa!

Tytuł tego krótkiego felietonu miał być oczywiście przewrotny. Owszem, ten SMS zepsuł mi wieczór. Zepsuł w tym sensie, że zburzył mój spokój. Ale czy to źle? Myślę, że nie. Ta sytuacja otworzyła mi oczy. Uświadomiła mi, jak ja mam dobrze i… jak łatwo. „Jedynym” świadectwem, jakiego Jezus dziś ode mnie oczekuje, to: regularne chodzenie do kościoła, codzienna modlitwa, post w dni nakazane, uczynki miłosierdzia... Tak niewiele w szerszej perspektywie! To, co czasem tak trudno mi przychodzi, na co narzekam i wydaje mi się ponad moje siły jest... łaską. Chrześcijanie w innych stronach świata idą do więzienia za posiadanie Biblii, a ja nie potrafię się zmobilizować do jej codziennej lektury. Moi bracia na innych kontynentach dosłownie marzą, by wziąć udział w Eucharystii, a mnie tak ciężko wygospodarować niecałą godzinę, żeby pójść do kościoła, oddalonego o kilkaset metrów od domu. Oni tam tracą życie za wykonanie znaku krzyża, a ja tu czasem wstydzę się otwarcie mówić o wierze, choćby w pracy. I tak dalej… Mam tak wiele, a nie potrafię tego docenić. Zapominam, że to, co wydaje się oczywiste, jest bezcennym darem!

Panie Jezu, dziękuję Ci za wiarę. Za to, że mogę swobodnie spotykać się z Tobą w kościele. Za to, że tak blisko czekają na mnie kapłani gotowi udzielać mi sakramentów. Przepraszam, że o tym zapominam i tego nie doceniam. Daj mi ducha męstwa. Daj odwagę świadczyć o Tobie zawsze i wszędzie. Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiał ponieść śmierci męczeńskiej. Jeśli jednak kiedykolwiek zażądasz ode mnie świadectwa do końca, dodaj mi sił, bym był na to gotowy i pozostał Ci wierny. Amen.

 

[1] www.opendoors.pl