14

LUTY

Cierpienie - błogosławieństwo czy przekleństwo?

facebook twitter

Płakałem, widząc swoich kolegów na boiskach sportowych. W szpitalu zobaczyłem ludzi z protezami i przestałem płakać. Pomyślałem: ci, którzy chodzą, niech chodzą za mnie, a ja będę patrzył na świat Boży i podziwiał go za tych, którzy nie widzą; będę mówił same dobre słowa za tych, którzy nie mówią; będę słuchał za tych, którzy nie słyszą. Jak bardzo w naszych ograniczeniach jesteśmy sobie potrzebni! Czy cierpienie nie jest pomostem serdecznego zbliżenia się ludzi do siebie? Czy przez cierpienie nie stajemy wyżej od tych, którzy od drugich niczego nie potrzebują?

Wszystko jest dla młodych i zdrowych – tak często żalą się ludzie starsi i chorzy. Ich myśli często skupiają się wokół takich spraw: Zgoda, takie jest życie, trzeba się zestarzeć, na coś zachorować i umierać. Ale dlaczego to dzieje się tak boleśnie? Dlaczego wiele dobrych pragnień i aspiracji nie udało mi się zrealizować na równi z innymi ludźmi, którzy dożywają sędziwego wieku i cieszą się sprawnością ciała i umysłu? Dlaczego Bóg domaga się, właśnie ode mnie, kontynuacji życia tak żałosnego? Niczego już nie mogę się spodziewać i jestem niepotrzebny nikomu. A może i Bóg o mnie zapomniał?

Bóg nie zapomina o chorych i cierpiących. Przeciwnie, są Mu bardzo bliscy. Jezus Chrystus, Bóg-Człowiek, jak mówi liturgia: Mąż boleści, zawsze stawał po stronie ludzi cierpiących. Na kartach Ewangelii opisano wielką liczbę uzdrowień dokonanych przez Jezusa z Nazaretu. Kiedy przypominamy sobie te sceny, może przychodzi nam do głowy myśl, czy i dziś Bóg nie mógłby podnieść chorych z ich cierpienia? I naprawdę, wolno się o to modlić, jak modlił się chory król izraelski, Ezechiasz, któremu Bóg powiedział: Słyszałem twoją modlitwę i widziałem twoje łzy. Oto uzdrawiam cię: trzeciego dnia pójdziesz do świątyni Pana i dodam do dni twego życia piętnaście lat (2 Krl 20, 5–6). O taki cud modli się wielu naszych chorych braci i wiele cierpiących sióstr. A Bóg i dziś działa cuda, jak na przykład w Lourdes, za pośrednictwem Maryi, gdzie chorzy powracają niekiedy do pełnego zdrowia. Ktoś powie, że cudowne uzdrowienia w Lourdes należą do rzadkości i wobec tego co sądzić o tych, którzy modlą się gorliwie, a nie zostają uzdrowieni? Już wielu obserwatorów, a przede wszystkim sami chorzy, stwierdzili, że zamiast uzdrowienia ciała dokonał się w nich CUD PRZEMIANY DUCHOWEJ. Pogodzili się ze swoim cierpieniem, a nawet je pokochali, uświadamiając sobie, że w ten sposób stają najbliżej Jezusa ukrzyżowanego, że niejako pomagają Mu zbawiać ten świat i ludzi. Niedawno czytałem świadectwo pewnej matki, której jeden z synów, Maksymilian, choruje od wczesnego dzieciństwa: „Maksymilian urodził się i od razu chorował. Zapalenie płuc, szpital, dom i tak do ósmego miesiąca życia trzy razy. Diagnoza neurologiczna: Będzie zdrowy, albo będzie chory. Ale może być zdrowy? – upewniam się. I odtąd wierzę tylko w to jedno zdanie: Może być zdrowy. I zaczynam odkrywać drogę do Maryi. Dziś wiem, że jestem naprawdę kochana. Tę pewność dało mi Lourdes. To miejsce, które zmienia serce całkowicie. Nawet jeśli nie doświadczymy tam namacalnego cudu, cudu uzdrowienia fizycznego, w Lourdes odzyskujemy pewność matczynej miłości”.

Chory nie raz myśli, że jest jak sucha, nieużyteczna kłoda. Często takie właśnie kłody rozpala łaska Ducha Świętego. Chory, który myśli, że jest zupełnie nieużyteczny, zjednuje swoim cierpieniem zbawienie innym i sam nie idzie do nieba z pustymi rękami, bez zasług. Jeśli chory człowiek otwiera się na innych, jest wielkim skarbem dla tych, którzy mu pomagają. On wspiera ich duchowo. Dlatego dziękuję Bogu za pana Władysława, który od ośmiu lat jest sparaliżowany, nie rozstaje się z wózkiem, ale nigdy nie mówi o swojej chorobie. On przez kilka godzin dziennie gości u siebie sąsiadów i kolegów i dyskutuje z nimi na różne tematy. Jeden z nich powiedział: Po rozmowie z tym człowiekiem mam siłę do pokonywania przeciwności w moim życiu przez ponad dwa tygodnie. Jest to wyjątkowy człowiek. Sparaliżowany, chory, lecz serce ma otwarte dla każdego, kto podchodzi do jego łóżka. Pewna kobieta na wózku inwalidzkim cieszyła się, gdy jeden z księży co miesiąc podawał jej kolejne intencje modlitewne. Mówiła tak: Proszę księdza, ten mały pokoik pomieści wielu ludzi. I mówi ów kapłan: Cieszyłem się, że mogę być spokojny o trudne ludzkie sprawy, które ona umieściła w swoim sercu. Wielu chorych modli się również za małżeństwa przeżywające kryzys, za czyjegoś syna, który padł ofiarą sekty, za czyjąś córkę narkomankę, za kobietę po wypadku… Dziękuję Bogu za chorych, którzy nastawieni są na pomoc innym pacjentom, czy mieszkańcom. Kiedyś powiedział pewien lekarz, że ci, którzy pomagają innym, znacznie szybciej wracają do zdrowia, niż ci, którzy zajmują się tylko swoją chorobą.

Słyszałem kiedyś o bohaterskiej dziewczynie bez rąk, która nie chciała rezygnować z twórczości artystycznej i dlatego nauczyła się malować, trzymając pędzel w zębach. Możemy sobie wyobrazić, że jeżeli się modliła i powtarzała: Bądź wola Twoja, przyjmowała swoje kalectwo jako próbę zesłaną przez Boga, ale nie poddała się swoim ograniczeniom. Jeżeli w coś mocno się uwierzy, jeśli się czegoś mocno pragnie i systematycznie do tego dąży, to nie zostanie bez rezultatu. Starożytny pisarz Sofokles powiedział o żołnierzach greckich, którzy, ze strategicznego punktu widzenia powinni ponieść klęskę: Zwyciężyli, ponieważ uwierzyli, że mogą zwyciężyć. Jak często również poddanie się woli Bożej i cierpliwe oswojenie się z cierpieniem – jeśli tak można się wyrazić – odsłania choremu wiele innych wartości, których przedtem nie zauważał. Młody człowiek, pozbawiony władzy w nogach, tak opisuje swoją wewnętrzną przemianę: „Płakałem, widząc swoich kolegów na boiskach sportowych. W szpitalu zobaczyłem ludzi z protezami i przestałem płakać. Pomyślałem: ci, którzy chodzą, niech chodzą za mnie, a ja będę patrzył na świat Boży i podziwiał go za tych, którzy nie widzą; będę mówił same dobre słowa za tych, którzy nie mówią; będę słuchał za tych, którzy nie słyszą”. Jak bardzo w naszych ograniczeniach jesteśmy sobie potrzebni! Czy cierpienie nie jest pomostem serdecznego zbliżenia się ludzi do siebie? Czy przez cierpienie nie stajemy wyżej od tych, którzy od drugich niczego nie potrzebują? Ks. Jan Twardowski kiedyś tak pisał: Jeśli ktoś umiera, to ja nie przestaję wierzyć w Boga, tylko najwyżej mogę tego nie rozumieć (…). Człowieka spotka coś okropnego, a po latach widzi, że to było mądre. Dziewczyna mówiła mi, że się otruje, bo ją rzucił chłopak, a za rok powiada: dzięki Bogu, że odszedł… Cierpienie jest dziwne, ale Pan Bóg jest tak mądry, że kiedyś to wyjaśni. Bóg nie dopowiedział wszystkiego, Bóg, jak wielki artysta, nie dopowiada wszystkiego do końca. Pan Bóg i w naszym życiu wiele nie dopowiada…