27

MAJ

"Bóg ponad wszystko" w formacji [cz. 1]

facebook twitter

​​​​​​​Na czym polega formacja osoby powołanej do służby Bożej? Na to pytanie najtrafniej i wyczerpująco odpowiada adhortacja poświęcona życiu osób, które weszły na drogę naśladowania Jezusa Chrystusa – "Vita consecrata". Czytamy w niej: „Ideałem życia konsekrowanego jest upodobnienie się do Pana Jezusa i do Jego całkowitej ofiary z siebie. Cała formacja powinna zmierzać przede wszystkim do osiągnięcia tego celu. Ma to być proces stopniowego przyswajania sobie myśli i uczuć Chrystusa ku Ojcu” (65). W następnym numerze dokumentu napisano: „Formacja jest zatem uczestnictwem w dziele Ojca, który za pośrednictwem Ducha kształtuje w sercach młodych mężczyzn i kobiet myśli i uczucia Syna” (66).

Zaś nieco dalej: „Jeśli jest prawdą, że odnowa życia konsekrowanego zależy w głównej mierze od formacji, to prawdą jest i to, że jej skuteczność zależy z kolei od zastosowania odpowiedniej metody − bogatej w mądrość duchową i pedagogiczną, prowadzącej stopniowo tych, którzy pragną poświęcić się Chrystusowi, do przyswojenia sobie Jego myśli i uczuć” (68). A w punkcie dotyczącym formacji permanentnej znowu powtórzono: „Proces formacyjny nie sprowadza się do wstępnego etapu drogi, ponieważ ze względu na ograniczenia ludzkiej natury osoba konsekrowana nigdy nie będzie mogła stwierdzić, że w pełni ukształtowała w sobie nowego człowieka, który w każdej życiowej sytuacji doświadcza w sercu tych samych uczuć co Chrystus” (69).

Kształtowanie umysłu i serca

Formacja jest więc szczególnym kształtowaniem dwóch przestrzeni osoby ludzkiej: umysłu i serca. Problem w tym, że prawda o tych atrybutach człowieka jest wielce kłopotliwa. Słowo Boże mówi bowiem: „Serce jest zdradliwsze niż wszystko inne i niepoprawne – któż je zgłębi?” (Jr 17, 9). A umył wybrańców Jezus bywał otępiały (por. Mk 6, 52 i 8, 17). 

Każde odejście z drogi powołania jest ewidentnym, niezbitym dowodem, że te dwa organy zostały w czasie formacji okrutnie oszukane, zaniedbane i wykoślawione. Ale można też trwać na drodze powołania, a mieć zdeprawowane serce i otępiały umysł – nie prowadzić życia duchowego, mówić o Bogu, a Nim nie żyć. Toteż mistrzowie życia duchowego przestrzegają przed wewnętrzną miernotą, do której można się przyzwyczaić, a która prowadzi do ruiny i profanacji duchowej. Tradycyjna ascetyka mówi tu o najgorszym z siedmiu grzechów głównych – o lenistwie duchowym (łac. acedia).

Lenistwo duchowe

Na czym polega grzech duchowego lenistwa? Jest to pokusa ducha rozczarowanego życiem. Św. Bonawentura podkreśla nawet, że lenistwo jest czymś tak wysublimowanym i niepowtarzalnym, że dla tych, którzy żyją w świecie, jest ono niemal nieuchwytne, i nawet nie umieją go nazwać. Ce­chuje je swoisty smutek, zniechęcenie wobec wielkości duszy, duchowa ucieczka przed samym sobą. Takiego czło­wieka nic już nie cieszy. Pragnie wyrwać się z wnętrza własnej istoty i włączyć w tryby zapobiegliwości, pogrążyć się w świecie pilności, sukcesów, w gąszczu rzeczy nieistot­nych.

Lenistwo duchowe jest tym gnuśnym smutkiem serca, który już nie chce lub nie potrafi dążyć ku wielkości. Jest uciecz­ką przed samym sobą, zniechęceniem i znużeniem wyższy­mi ideałami, zwątpieniem wypalonego serca, wewnętrzną pustką słabości. Charakterystyczny dla tej ucieczki przed tym, co istot­ne, jest nieustanny niepokój ducha; bezgraniczna gadatli­wość; nienasycona ciekawość, niczym nieograniczona chęć oglądania, słuchania i doświadczania wszystkiego; niezmor­dowana wewnętrzna aktywność; różnorakie wyobrażenia i obrazy, w których rozpływa się duch; niestałość miej­sca i decyzji, tępa obojętność; małoduszność, jakaś dziwna nieżyczliwość wobec innych oraz ciągły gniew i ciągła gderliwość wobec wszystkiego, co nas dotyka (por. L. Boros, Spotkać Boga w człowieku, Warszawa 1988, s. 90–91).

Walka z lenistwem duchowym

Doskonale opisał to niebezpieczeństwo bł. Bronisław Markiewicz. Gdy sam doświadczał pokusy lenistwa duchowego (nazywał ją acedią, bądź oziębłością), demaskował ją radykalnie i sięgał po skuteczne środki ratunku. Przejmująco brzmią jego notatki duchowe: 

„Prosić będę Pana Boga, abym nie wpadł w oziębłość, bym się nie stał letnim, bo to gorszy i niebezpieczniejszy stan, aniżeli zupeł­ne opuszczenie. Trudniej bowiem z oziębłości się podźwignąć. Gdy­bym kiedy w roku takie ziębnięcie zauważył, zaraz wglądać bę­dę i szukać przyczyny − i dźwigać się za łaską Pana Jezusa. Sza­tan stara się najpierw sprowadzić taką oziębłość w ćwiczenia du­chowne: odprawianie mszy świętej, brewiarza, sprawowanie świę­tych sakramentów, medytacje, rachunek sumienia etc. – a po­tem w zaniedbanie drobnych cnót i spraw, a nareszcie następuje porażenie na całej duszy, ospałość i gnuśność duchowa, zaśle­pienie, zaciemnienie, iż nie widzimy celu, tej wyżyny, do któ­rej mieliśmy dążyć.

Często przyczyną tej oziębłości jest brak roztropności świętej, iż się zanadto oddajemy sprawom zewnętrznym, czasem sprawie ulubionej. A ta władze i siły duszy naszej wyczerpuje, iż mało potem pozostaje czasu i sił do spraw własnej duszy i zbawienia. Daj mi, Panie, więcej roztropności.

Zbytek wszelki szkodzi. Umiarkowanie i roztropność ma być du­szą każdej sprawy. Wielka część kapłanów dobrych, a zwłaszcza młodych upada przez brak starania się i pro­szenia Pana Boga o świętą roztropność. Wciąż będę więc prosić o dwie cnoty: o święte umartwienie, osobliwie wewnętrzne, i o roz­tropność. Dotychczas nie rozumiałem, w jakim kierunku mam się starać o roztropność. Zrobić tedy najpierw sprawy najważniejsze, to jest tyczące się własnej duszy, a potem sprawy ty­czące się dobra bliźniego, chyba że czasem niebezpieczeństwo du­szy bliźniego nagłe kazałoby mi przerwać porządek zakreślony z góry przez roztropność – ale wtedy ta sama roztropność to rozka­że uczynić.

Gdy jest oziębłość, wtedy jest i zadowolenie ze siebie i mówimy do siebie: «Już dosyć mam, byle w tym wytrwać, byle do nieba się dostać, a gdzie, to mniejsza». Niech się sobie nie podobam nigdy, tylko Bogu" (Zapiski dotyczące życia wewnętrznego, 1876).

Przeczytaj drugą część artykułu: Bóg ponad wszystko w formacji [cz.2]

Podobne artykuły